Kategorie
Uncategorized

Miejsce psychologii

Psychologia jest, a może tylko próbuje być nauką empiryczną. Dla uproszczenia wykładu powiedzmy, że nauki empiryczne to te, które teorię swoją tworzą w oparciu o wyniki pomiaru. Nauka empiryczna to pomiar. Możemy wdać się w dywagacje, czy fizyka jest w dalszym ciągu nauką empiryczną po odkryciu zasady nieoznaczoności Heisenberga. Oczywiście jest, bo w fizyce w dalszym ciągu pomiar jest podstawą nauki, chociaż pomiar niełatwy, bo okazuje się, że rzeczywistość „chce” potwierdzać hipotezy. Jeżeli model świata wywiedziony będzie z błędnych założeń, to zostanie sfalsyfikowany. Nie ma znaczenia, czy teoria jest dobra – podlega weryfikacji przez pomiar…

            Psychologia chce być nauką. Pierwszym warunkiem naukowości psychologii jest pomiar. I nie chodzi o jednorodność wyniku czy o jego dyspersję. Pomiar ma być rzetelny. Warto wspomnieć pomnikową i… odrzuconą przez psychologów pracę profesora Mieczysława Kreutza wydaną w 1949 roku o stałości/zmienności wyników pomiaru w psychologii. Nie można badać zachowania się ludzi za pomocą Testu Inteligencji Emocjonalnej opracowanego przez Pracownię Testów Psychologicznych, w którym, zależnie od intencji badanego, można osiągnąć wynik brzegowo niski lub – brzegowo wysoki.

           Profesor Kreutz, profesorowie Tomaszewski, Reykowki, Obuchowski, Gerstmann i inni uznawali, że psychologia jako nauka musi spełnić podstawowe kryteria naukowości, które są następujące: nauka musi mieć jasno sformułowany przedmiot poznania, musi mieć metodę pomiaru i własny język. Nie można robić psychologii po amerykańsku, gdzie podstawą uogólnień jest badanie sześciu „przypadków”.           

W naukach empirycznych można wyodrębnić nauki biologiczne. Owe nauki można podzielić na naukę o roślinach – botanikę, i naukę o zwierzętach – zoologię. Jak to zwykle bywa, granica nie jest ostra, ponieważ euglena potrafi syntetyzować substancje odżywcze z wykorzystaniem światła, ale potrafi również coś pożreć. Zoologia zajmuje się tymi, którzy pożerają.

            W naukach biologicznych wydziela się naukę o zachowaniu się zwierząt – etologię. Podzbiorem tej nauki jest nauka o zachowaniu się poszczególnych gatunków, w tym dla nas najważniejszego – człowieka. I to jest właśnie psychologia. 

            Przedmiotem psychologii jest zachowanie się człowieka i szczególne formy tego zachowania, takie jak – czynność, działanie, działalność oraz wytwory tych czynności, działań i działalności. Narzędziem konfrontacji człowieka z naturą jest kultura, a dokładniej – kultury. W ramach kultury człowiek formułuje idealne wizje świata – szamanizmy i religie. Bogowie są wytworem człowieka a nie człowiek wytworem boga. Funkcjonalizm Malinowskiego całkowicie przystaje do naukowej psychologii, podobnie jak osiągnięcia psychologii ewolucyjnej. Psychologia naukowa nie wdaje się w wojny światopoglądowe – jest poza nimi, uznając, że światopogląd jest wytworem, a nie nadaniem.

Kategorie
Uncategorized

Inteligentne przedmioty

Radosna wiadomość. Bo czego nam bardziej potrzeba niż dobrych wiadomości. Otacza nas morze inteligencji, bezmiar inteligencji. Czyli, będzie się żyło lepiej, bo mądrzej, inteligentniej. I w tym przypływie optymizmu, jak to u mnie, pojawia się cichutkie, wredne, jak to u mnie, pytanko: czyżby?

Radosna wiadomość. Bo czego nam bardziej potrzeba niż dobrych wiadomości. Otacza nas morze inteligencji, bezmiar inteligencji. Czyli, będzie się żyło lepiej, bo mądrzej, inteligentniej. I w tym przypływie optymizmu, jak to u mnie, pojawia się cichutkie, wredne, jak to u mnie, pytanko: czyżby?

Ależ tak. Inteligencja została zaklęta w przedmioty codziennego i niecodziennego użytku. Staję między nimi trochę zażenowany, bo przecież zawsze mam ten okropny niepokój, że może właśnie za chwilę zostanę zdemaskowany jako osoba mało inteligentna, może nawet nieinteligentna. A co będzie, jak okaże się, że drzwi są inteligentniejsze ode mnie. I jak dalej żyć. A co będzie, gdy w środku pracowitej nocy usłyszę zduszony chichot mojego inteligentnego łóżka?

Nie, jeszcze tak nie jest, chociaż są inteligentne pomieszczenia, budynki, inteligentne pociągi, samochody, drukarka, inteligentny druk, telefon, sklep a nawet kontener miejski, czyli śmietnik i wszystko, co można nafaszerować elektroniką i inteligentne oprogramowanie. Nieoczekiwanie inteligentne są również produkty, wydawałoby się proste – inteligentny papier, inteligentne kremy, opakowania papierowe itd.

Inteligentny budynek, jeżeli zlokalizować tam urząd, nie wpuści urzędników do pracy, by nie dopuścić do mnożenia biurokratycznych bzdur. Inteligentny pociąg nie będzie chciał wozić kiboli, typów odrażających, a kiedy typ będzie chciał zniszczyć tapicerkę, to pociąg zidentyfikuje szkodnika i zakuje go w kajdany. Inteligentny samochód odetnie paliwo kierowcy, który nie przestrzega dozwolonej prędkości. Telefon przerwie rozmowę nastolatek, a papier nie przyjmie śladu pióra Kuśmierczyka, gdy ten będzie pisał do Świata Druku.

Takiego ograniczenia zachowań nieinteligentnych, głupich od przedmiotów oczekiwać nie możemy. Czymże jest inteligencja i czy różni się od inteligencji przedmiotów?

Według Słownika psychologicznego, 1979 WP, s. 105, inteligencja to „zespół sprawności, głównie myślenia, umożliwiający jednostce rozwiązywanie nowych zadań, korzystanie z własnego doświadczenia, szczególnie wiedzy, a w oparciu o to przystosowanie się do warunków i przekształcanie tych warunków dla swych potrzeb”. Dyskretnie wspomnijmy, że u człowieka osiągnęła ona wysoki poziom dzięki rozwojowi mowy, a z nim – wyższych form myślenia. J. P. Guilford w swojej fundamentalnej monografii Natura inteligencji człowieka, 1978 PWN, przedstawia model inteligencji składający się z 120 zdolności elementarnych, przypominający układ okresowy Mendelejewa.

Widać, że inteligencja w rozumieniu psychologii, a jest to przecież termin psychologiczny, nie a nic wspólnego z terminem reklamowym. Niepoprawne użycie tego terminu nie jest przypadkiem lecz wyrazem pewnej brzydkiej praktyki, u podstaw której stoi umiejętność inteligentnego – właśnie – manipulowania słowem, w celu wprowadzenia w błąd. Jeżeli, np. mieszkanie ma taką konstrukcję, że ruch powietrza przy otwarciu drzwi powoduje włączenie oświetlenia, a odpowiednie czujniki o zmierzchu uruchamiają mechanizm zasuwania zasłon, to można mieć złudzenie, że pomieszczenie jest intencjonalnie przychylne wobec mieszkańca. Nic bardziej błędnego. To ślepe, bezmyślne, nieinteligentne, proste algorytmy. Wykorzystując złudzenie konsumenta i nieznajomość terminologii naukowej producent może pokusić się o kłamliwą, nadmiarową nazwę, która w istocie pełni rolę tylko reklamową. A że reklama kłamie, to już inna sprawa.

Jednak praktyka taka rodzi konkretne skutki. Jeżeli nabierzemy się na „inteligentną” ofertę, będzie to znaczyć, że w naszej inteligencji istnieją pewne braki i wady. Nie oznacza to od razu, że inteligencją nie dorastamy do inteligentnego opakowania, ale warto się zaniepokoić. Inna rzecz, że opakowania potrafią być inteligentnie groźne. Oto istnieje problem tzw. bezpiecznych opakowań leków, którymi nie potrafią posługiwać się osoby starsze i często niesprawne. To, co miało chronić dzieci stało się uciążliwością dla osób chorych.

Może być również tak, że za „inteligentną” rzeczą stoi całkiem cyniczne przekonanie handlowca czy producenta, że inteligencja, której nie dostaje klientowi będzie tak atrakcyjnym wabikiem, że ów klient zachłannie rzuci się na produkt z nadzieją, że z zewnątrz niejako, zwiększy swoje możliwości.

A może jest i tak, że produkty, wytwory jakby nie było zbiorowego wysiłku, przerastają poziomem złożoności funkcji możliwości pojmowania pracowników działów marketingu i reklamy. I stąd, w nabożnej czci własnym wyrobom przypisana zostaje moc demoniczna, czyli inteligencja. Jeśli tak, to źle.

A może jest jeszcze tak, że wszystkie możliwości jakoś się sumują. Oto naiwny, głupi, a może tylko nieuważny klient z jednej strony spotyka się z głupim, cynicznym i nierozważnym producentem, handlowcem. A może więc jest tak, że przypisanie inteligencji tam, gdzie jej nie ma świadczy o naszej powszechnej głupocie i skłonności do zachowań nieinteligentnych?

Kategorie
Uncategorized

Jest w Polsce miasto

Jest w Polsce miasto Ł – Łask, Łomża, Łódź albo Radom, Włocławek, Opoczno albo jeszcze inaczej nazwane, miasto Ł. Na centralnym placu mieszkańcy a może władcy, postawili bramę we współczesnym, minimalistycznym stylu, która, nie wiadomo, jest symbolem triumfu czy może hańby. Cóż, odwoływanie się do symboliki starożytnych, nawet Rzymian, jest zawsze trochę ryzykowne. Wieczorami plac bywa oświetlony lampami w stylu monumentu, nawierzchnia też jest modna a wszystko razem nijak nie pasuje do otaczających plac bud mieszkalnych ze sklepikami od frontu. W Ł zdarzył się wypadek, który zajął na chwilę uwagę mediów. Oto w czasie parafialno-powiatowych uroczystości dożynkowych odbywających się w kościele, w postaci mszy, nieokrzesany drab zaatakował burmistrza gazem pieprzowym. A groźniejszy był jeszcze i z tego powodu, że w drugiej ręce, może lewej, jeśli gaz miał w prawej, trzymał paralizator lub coś takiego. Nim burmistrz zdążył przymknąć rażone pieprzem oczęta, już lud w osobie zawsze dzielnego, choć w cywilu policjanta, ruszył w bój i obezwładnił napastnika. Burmistrz otrzymał, jak podały media, należytą pomoc, a zbój został odwieziony karetką pogotowia do aresztu, do szpitala. Uroczystości były kontynuowane. Itd, itd… Opowiedzmy tę dramatyczną scenę jeszcze raz, a może dwa razy, trzy.

Pewien człowiek, z nieznanych pobudek zaatakował burmistrza miasta Ł gazem pieprzowym w czasie uroczystości dożynkowych w kościele. Burmistrza, w czasie pełnienia obowiązków służbowych. Zacni ludzie rzucili się w obronie burmistrza na napastnika. Został on obezwładniony w ten sposób, że bezprzytomnego, z połamanymi kośćmi twarzy z kałuży krwi podnieśli ratownicy pogotowia medycznego i uwieźli. Uroczystości trwały dalej, aż do podniosłego, zapewne końca. Choć nie ma pewności, czy oślepiony burmistrz odzyskał widzenie czy nie.

W komentarzu pojawiło się oburzenie na człowieka, który dokonał tak brutalnej napaści na urzędnika państwowego i/lub samorządowego. Pochwalono refleks interweniujących obywateli ze szczególnym podkreśleniem zasług policjanta. Podano również, z przedziwną a może tylko mściwą satysfakcją, że sprawcy grozi kara pozbawienia wolności do lat dziesięciu. I to byłby koniec historii, bo przecież dla reporterów i dziennikarzy nie zabraknie innych sensacji w rodzaju samobójcy nastolatka, kradzieży pierogów w markecie czy trochę już ogranych ale zawsze pikantnych gwałtów ze szczególnym okrucieństwem. I nie wszystko musi się zdarzyć w mieście Ł, choć wszystko zdarza się jednak w jakimś mieście … Ł. Jednak rodzą się pytania i wątpliwości. Obejrzyjmy tę scenę jeszcze raz.

Oto w mieście Ł odbywa się dęta, wysilona uroczystość dożynkowa, której celem jest należyte uczczenie wysiłku ł-owskiego chłopa, wysiłku pozornego i daremnego, bo powiat przeżywa narastające problemy ekonomiczne i wyludnia się. Propaganda ledwie nadąża z maskowaniem kłopotów, a codzienność ledwie dowleka się do zmierzchu, gdy miasto zamiera, lud siedzi przed telewizorami i oszczędza prąd. Jakiś zmęczony beznadzieją człowiek postanawia targnąć się na czyn heroiczny, uzbraja się w gaz pieprzowy i jak podpowiada mu wyobraźnia, rzuca się w dzień świąteczny na władzę. Ledwie oddał pierwszy strzał, już został rzucony na posadzkę kościoła, w którym umyślony akt rewolucyjny wprowadzał w czyn i już go nie było, bo opuściła do świadomość na skutek utraty przytomności. Ale byli inni.

W akcji obrony burmistrza brał udział, jak podkreślają media, policjant. Policjant działa zawodowo, profesjonalnie. Wie, jakie środki interwencji są proporcjonalne do zagrożenia. Policjant wie, że przeciętna akcja obezwładnienia trwa kilka sekund. Dlaczego więc napastnik ma połamane kości twarzy. Czy to policjant bił i kopał jak policjant, zawodowo? Czy to bili i kopali inni, a policjant stanął a obronie ofiary? Oto sytuacja linczu, na którą nie może patrzeć burmistrz, ale patrzy kapłan. I nie reaguje. Nie woła: „Bracia, przestańcie!” Świątynia została zbrukana aktem gwałtu, na podłodze jest krew. A kapłan nie biegnie do nieprzytomnego, nie podtrzymuje mu głowy, nie wsiada z rannym do ambulansu? A jeśli nie kapłan, to czemu nikt nie mówi: „Coście zrobili?” i nie wychodzi rzucając za siebie: „Rzygać mi się chce na was i wasze świętowanie.” Krew byle jak starła baba ze szmatą i wszystko potoczyło się ładnie dalej.

Dlatego potrzebny jest wielki zbrodniarz i potwór. Dlatego wszyscy w Ł są wstrząśnięci i zatroskani zdrowiem burmistrza, bo swoją małą, obłudną, strachliwą nędzę mogą ukryć tylko za większą zbrodnią. Media doniosły, że aresztowany, wiejski naprawiacz rowerów, posiadał naboje do broni palnej i… majstrował przy produkcji domowych rakiet balistycznych.

Zamiast postscriptum.

Od kiedy to udział w mszy należy do obowiązków służbowych burmistrza? Czy od czasów, kiedy to zgodnie ze świętym obyczajem król Jagiełło nie mógł zasiąść do śniadania z rodziną, jeśli nie był obecny kanonik? Czy od czasu, kiedy Polska znów jest monarchią, z zasiadającym na tronie Jezusem?

Kategorie
Uncategorized

Przewodnik – Autobusem do Piotrkowa

Metal ociekający ludzkim smrodem i jego – smrodu – dyskretny powiew. Inaczej śmierdzi żelazo a inaczej aluminium, choć pokryte są tą samą mieszaniną ludzkiego potu i płucnych wyziewów. Żelazo jest bardziej cierpkie, rdzawe. A jeszcze inaczej śmierdzi stalowa śruba wkręcona w aluminiową listwę, czarno obwiedziona konserwującym pierścieniem zbitych ludzkich odchodów zmieszanych z drobnym, od lat zalegającym śmieciem. Ludzie mieszają swoje biologiczne ślady – łupież, zdechły plemnik, resztki żarcia w zmętniałej ślinowej zawiesinie, zgnieciony na pięcie zrogowaciały naskórek. W słońcu metal nagrzewa się. Ciepły powiew od opasłego kierowcy w koszulce z krótkim rękawem. Zamknięte.

Człowiek przy oknie odkłada książkę. Ktoś z tyłu przymyka oczy ogarnięty nagłą sennością. Nie wiedzą dlaczego czują się rozkojarzeni, senni, osłabieni. Nawet nie wyczuwają zwiększającego się stężenia dwutlenku węgla. Ich mózgi „czują” i reagują, ale oni nie uświadamiają sobie, skąd ta nagła zmiana. Poddają się jej. Zanim wysiądą, po godzinie i piętnastu minutach, zostawią swoje ślady do zapachowej historii autobusu.

Wyobrażam sobie psa. Pies ma co najmniej tysiąc razy lepszy węch od człowieka. Mnie odczuwane smrody bolą, pies pewnie oszalałby z cierpienia. Wyobrażam sobie psa w ludzkim domu i jego cierpienie. Ktoś brudną ręką głaszcze psa po głowie. Pies znosi głaskanie i chociaż go to boli, godzi się, bo nauczył się, że tak robią wszyscy ludzie. Ludzie też nauczyli się, że skoro coś robią wszyscy, to to jest dobre. Wszyscy głaszczą psy po głowie, ale czemu brudną ręką, która śmierdzi psu nieznośnie. Pies czuje, że ta ręka nie myła się od wczoraj. Ta ręka żarła, szczała, srała, znowu żarła, drapała się w pachwinie i po łbie, witała się z inną ręką. Ręce mieszały bakterie kałowe, moczowe, potowe, bakterie wygrzebane spod paznokci z resztkami żarcia zmieszanymi ze zmiażdżonymi roztoczami. Smrody wloką się za psem, zostawione na jego sierści. Pies macha ogonem, grzeczny piesek.

Wyobrażam sobie ludzkie domy i i smród ledwie zamazanego brudu na podłodze. Żeby już wyschło, bo suche mniej śmierdzi. Na desce do krojenia rozkłada się resztka tłuszczu z kiełbasy zjedzonej w ubiegłym tygodniu, a w szufladzie śmierdzi drewniana chochla do mieszania bigosu, jeszcze po babci. A w zlewie szmaciany zmywak rozkłada się bezmyślnie. W łazience zawiewa smród ręcznika do rąk, który koniecznie jest wiecznie mokry, a na umywalce mydło pęcznieje w kałuży wody zebranej w mydelniczce. Swoje smrody dokłada syfon odpływowy niedomytej wanny i włosy gnijące na kratce. I nie mam nic do tego, jak śmierdzi u sąsiadów, dopóki sąsiedzi nie otwierają okienka wentylacyjnego na klatkę schodową lub nie schodzę schodami tuż zaraz po sąsiedzie, który zostawił swój cień zapachowy, a ja nie mam gdzie uciec i muszę przejść tę samą drogę. Nie mam też nic do windy w urzędzie, w której czuję liche kosmetyki i kwaśny pot zasiedziałych na służbowych krzesłach dup. I do bluzek nic nie mam, mimo że białe, założone tylko drugi dzień, wionące neurotycznym smrodem pełnym lęku, póki mam sprawę na piątym piętrze, bo wejdę schodami. I nie mam nic nawet do sądu, w którym czasem bywam, gdzie w ramach remontu łamiąc wszelkie przepisy obniżono sufit, ale nie dano wentylacji. Smród gniewu, strachu, brudu, urzędu, miesza się w niezwykłą, nieznośną kompozycję i nic mi do niego, póki tam nie jestem. A czasem spotykam się z grupą ludzi, do których mówię. Mówię stojąc – taka maniera przejęta od dawnych profesorów – i ponieważ smrody unoszą się z ciepłym powietrzem wyczuwam je wcześniej niż ci, którzy, słuchając, siedzą. Czasem, z roztargnienia, proszę o otwarcie okien, bo nie dziwota, że duża grupa emituje smród, ale przecież wystarczy przewietrzyć. Z roztargnienia, bo wiem, że zaraz ktoś zaprotestuje i okna zostaną zamknięte. Jakoś ten, kto protestuje, zwłaszcza jeśli chodzi o otwieranie okien, ma większą moc przekonywania. I wtedy ogarnia mnie fala ślepego gniewu i złoszczę się na siebie za ten gniew. Nie można pragnąć zabijać ludzi tylko za to, że nie chcą otwierać okien.

Nie wiem, czy moje pokrewieństwo z psami jest większe niż ludzi, których spotykam na co dzień. Na pewno wiem, że dar widzenia, słyszenia, odczuwania zapachów, dotyku, jest przekleństwem. Może inni potrafią czucie stępić do nieodczuwania, a to ja, czując, jestem ułomny? Kiedy palę papierosa w domu, a mam otwarte na przestrzał okna, to biorę odwet za wszystkie smrody.

Autobus zahamował. Powietrze, jak pomyje w zmywaku bujnęło się do przodu raz jeszcze dając mi całą gamę fetorów. Odbiło się miękko od przedniej szyby i stanęło w oczekiwaniu. Kierowca otworzył drzwi i byłem na miejscu. Owiał mnie rześki wiatr, znajomy zapytał, jak podróż. Spojrzałem na niego z lekkim zdziwieniem, bo co to za podróż trochę ponad godzinę. Powiedziałem, że dobrze, chociaż trochę rozbolała mnie głowa.   

Kategorie
Uncategorized

Refleksja na Wielkanoc

Przed nami święta, tak złożone, różnorodne i niejasne w swojej symbolice. Nazywają się te święta Wielkanocą. Nie wiadomo dlaczego teraz, wiosną obchodzimy święto Wielkiej Nocy, skoro wielka noc była w grudniu (21 – 22 dnia miesiąca) a teraz jest równa noc, to znaczy tak samo długa jak dzień, a może nawet średnia noc, bo ani najdłuższa, ani najkrótsza. A nawet – już była – dwudziestego lub dwudziestego pierwszego marca. Trochę spóźnieni, a w innych latach też trochę przed czasem. To nic. Ważne, że tradycyjnie nie w porę.

W porządku chrześcijańskim święto zmartwychwstania Jezusa obchodzone jest w niedzielę, ale tragiczne wydarzenia, upamiętnione wyniesieniem narzędzia tortur i zbrodni do rangi symbolu wiary, miały miejsce w piątek. Ukrzyżowanie Jezusa, syna boga i boga w ciele człowieka. A później go nie było, sobota. A później znowu stał się, zmartwychwstał. I odszedł. To radosne święto. Że zmartwychwstał, choć dla boga to jak zbudzić się po drzemce, ale człowiek odszedł. Nie wiadomo, co smutne a co radosne, ale świętujemy Wielkanoc.

Ledwo przyjmiemy radość zmartwychwstania Chrystusa i ledwo zdążymy zacząć się cieszyć, bo przecież na radowanie się potrzebny jest czas, to już nadchodzi następne święto z zupełnie innego porządku świata, gdzie ani słowa o jakimkolwiek bogu, tylko zwyczajnie ruja i poróbstwo – o płodność chodzi, o wdzięk, o atrakcyjność wzajemną dziewcząt na wydaniu i dorodnych kawalerów do wzięcia. Ci właśnie w Noc Kupały, już bez żadnej zbędnej symboliki – rózgi, witeczki, kropidła, woda, polewanie, pokrapianie, poświęcanie – rzucą się sobie w ramiona, przy ogniu, bez wianków. Może dlatego, że będzie cieplej. Pogańskie święto, pogańskie obyczaje, dla których jednak znalazł się w szczelnym umyśle ustawodawcy stojącego na straży jedynie słusznej ideologii, dzień wolny od pracy.

G.G. Marquez wspomniał w dziele O miłości i innych demonach „Jukatan gdzie wzniesiono okazałe katedry, by przysłonić pogańskie piramidy, nie dostrzegając, że rodowici mieszkańcy przychodzą na mszę, bo pod ołtarzami ze srebra nadal żywe są ich sanktuaria.” (s. 116). Piramidy, katedry, pomniki… Materialne dzieła są przyjemne, bo dają złudzenie potęgi naszej wiary, ale je można właśnie zepsuć. Kultura, jej rytuały, obrzędy, jej myśl jest trwała jako że nieosiągalna dla brutalnej, mechanicznej ingerencji. Trwa w tym, co żywi ludzie rzeczywiście robią. Świętujmy Wielkanoc.

Przychodzą nowe wizje świata niesione przez zwycięzców i wydają się wieczyste, chociaż każda kolejna przeminie. Nakładają się na wiary zastane, wypierają starych bogów i właściwe im obrzędy adoracji, mieszają się, wzajemnie zwalczają, reinterpretują, wchłaniają. Powstaje czasem obraz pełen sprzeczności, ale jakoś to jest i tyle. Ale jest jeszcze optymistyczna myśl a te święta świetnie ją wzmacniają. Może jest tak, że ludzie godzą się, kiedy zabiera się im stare, smutne rytuały. Zgadzają się na nowe formy wyrażania smutku, żalu, strachu. A w tym co radosne, w wiosennym świętowaniu, w odrodzeniu i, może, rodzeniu, jest jakaś siła, której nie można pokonać nawet przez tysiąc lat wpływów. Może to ta siła, która powoduje, że najpiękniejszą i najważniejszą postacią na świecie jest postać młodej dziewczyny, młodego chłopaka. Świętujmy więc Wielkanoc czy jak ona się tam nazywa, bo to świętowanie jest w nas.

Kategorie
Uncategorized

Po co?

Zaczynało już świtać. W starej kamienicy, na IV piętrze paliła się nocna lampka. To kolejna nieprzespana noc przez Michała. Od dłuższego już czasu, chłopak ten, spędzał każdą chwilę swojego życia próbując znaleźć wreszcie odpowiedź na pytania dlaczego i jaki to wszystko ma sens.

Michał od kilku lat zmagał się z ciężką chorobą neurologiczną. Nogi i ręce odmówiły mu dawnego posłuszeństwa. Czasem odgrzebywał i oglądał stare albumy ze zdjęciami. Michał w górach, Michał w skałach, w Londynie, w Paryżu, w Chorwacji. Lubił też te z lat młodości z rodzicami, z babcią, ciocią, dziadkiem jednym i drugim. Wspominał jak to było, gdy odbierał kolejne świadectwo z czerwonym paskiem, jak występował w szkolnych teatrzykach, zdawał maturę. Często sięgał też do ulubionych fotografii – jak podróżuje po Europie, jak remontuje mieszkanie i jak po raz kolejny świętuje, po kolejnym, trudnym egzaminie, zdanym na wymarzonych studiach prawniczych.

I nagle – koniec. Szczęśliwa przeszłość, beztroskie dzieciństwo, wizja udanej, pełnej sukcesów przyszłości, zawaliła się jak domek z kart. A przecież od dziecka wszyscy kreślili mu obraz idealnego i beztroskiego świata. Świata bez chorób, tragedii i śmierci. Był jedynakiem, największym i jedynym skarbem swoich rodziców. I może właśnie dlatego starali się go uchronić przed złem tego świata i wychowywali go „pod kloszem”.

Niepełnosprawność, jaka spadła na niego niespodziewanie, problemy rodzinne i osobiste, postawiły znak zapytania nad wszystkim, w co do tej pory wierzył. Ale mimo swojego tragicznego położenia w jakim się znalazł, nie potrafił do końca odrzucić dziecięcych, głęboko wpojonych ideałów. Postanowił je zweryfikować. Przebudować dotychczasową filozofię i dostosować ją do aktualnej sytuacji.

Zaczął spokojnie. Przeczytał parę książek, poprzeglądał Internet, myślał. Niestety, nie znalazł żadnej sensownej odpowiedzi. Szukał więc dalej. Czytał to coraz nowe i grubsze książki, analizował różne informacje i robił setki stron notatek. Drążył temat. Szukał i zgłębiał. Odizolował się od wszystkich i od wszystkiego. Nagle stał się innym człowiekiem. Jakby gdzieś odfrunął, zniknął. Utracił kontakt z najbliższymi. Jego głównym i jedynym celem stała się próba znalezienia odpowiedzi jak żyć i czemu to wszystko właśnie jego spotkało. Żył wspomnieniami i wyobrażeniem lepszej przyszłości. A czas płynął, nieubłaganie płynął. Ale on zdawał się być niewzruszony. Wynajdywał coraz to nowe materiały, studiował najnowsze i te stare publikacje, różne dzieła filozoficzne, odkładając gdzieś na bok sprawy życia codziennego. Nie sprzątał mieszkania. Nie golił się. Nie dojadał. Wychodził tylko do sklepu po czysty papier i tusz do drukarki, bo trzeba było znów coś obliczyć i znów coś zapisać. A potem już w domowym zaciszu, za zamkniętymi drzwiami na dwa zamki, próbował znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania. Jego mieszkanie zaczęło z czasem przypomina gigantyczny skład makulatury. Książki, setki książek, jakieś segregatory i tony przedziwnych notatek. Ale te różne wzory, dziwne algorytmy i analizy przerabiane po raz kolejny, nawet na chwilę nie przybliżyły go do odpowiedzi na nurtujące pytania: Dlaczego? i Jak dalej żyć? Drążył więc temat dalej. Zdziczał. Jakby za młodu przeżywał starczą demencję. Ktoś czasem próbował coś powiedzieć czy przywołać go do porządku. Ktoś coś tłumaczył, chciał coś zmienić. Ale wtedy on reagował złością i agresją, a te „dobre rady” były dla niego czymś w rodzaju wrogich i nieprzychylnych uwag. Zrobił się samolubny, zapatrzony w siebie. Liczyły się tylko on i odpowiedź na kluczowe pytania. A problemy innych? Pozostałe plany? One mogły poczekać. Przecież miał czas. Przecież był młody.

Minęło parę lat. Był upalny letni dzień. Podstarzały już Michał, jak zwykle siedział za biurkiem i w samotności wertował kolejny tomy książek. Miał akurat wyjść na chwilę do sklepu i kupić nowe arkusze papieru. Otworzył gwałtownie drzwi. Nagły przeciąg w mieszkaniu porozrzucał zapisane skrupulatnie kartki i wyrzucił część z nich przez okno. To wszystko działo się tak szybko, ale i jak w zwolnionym tempie.

Michał zatrzymał się. Rozejrzał się po mieszkaniu. Odkrył wreszcie to, czego szukał przez lata, na co poświęcił całe swoje zaangażowanie i co stało się dla niego jedynym celem. To było olśnienie, wręcz cudowny przebłysk. Nie dowierzał, że to wreszcie do niego dotarło. Dlaczego to wszystko go kiedyś spotkało, jaki sens ma życie, jak żyć? Przecież przestudiował tyle książek, oddał się temu bez reszty i pewnie gdyby nie ten wiatr, ten brakujący papier, ten przeciąg, robiłby to dalej, tylko po co? Tyle czasu zmarnował na szukanie odpowiedzi na podstawowe pytania o sens życia. A jaki cel miało to jego ślepe i egoistyczne oddanie się nikomu nieprzydatnym poszukiwaniom. Poszukiwaniom, z których i tak by nic nie wynikło.

Uradowany i nareszcie wolny chciał teraz żyć pełnią życia. Od dziecka marzył o podróżach. Zaczęło się niepozornie – palcem po mapie. Zbierał różne przewodniki, przeglądał ciekawe albumy. Postanowił pójść do biura podróży i wybrać coś ciekawego. Po drodze miał kupić sobie loda. Takiego dużego loda – trzy gałki o smaku śmietankowym z bitą śmietaną i polewą czekoladową. Ot, taka mała przyjemność. Zadzwonił też do starych znajomych i zaprosił ich do siebie wieczorem.

Rozbawiony, już niczym nieskrępowany wyszedł na tętniącą życiem ulicę. Ludzie pośpiesznie szli do pracy. Ktoś spacerował z psem. Starsza pani o kulach przechodziło wolno przez zapchaną ulicę. Samochody tkwiły w gigantycznym korku. Bezradni kierowcy palili nerwowo papierosy albo dzwonili do pracy, tłumacząc, że się dzisiaj na pewno spóźnią. Na ławkach siedziały zakochane pary. Kwiaciarki i sprzedawcy warzyw rozkładali swoje stragany.

Zahipnotyzowany tą niezwyczajnością zwyczajnego życia i różnobarwną szarością dnia codziennego, Michał nie zauważył nadjeżdżającego tramwaju. Wpadł pod koła. Zginął na miejscu.

Kategorie
Uncategorized

Pomnik trzech zbójów

Zanim zrobisz to zdjęcie, które ma przedstawiać ciebie i twoją córkę uśmiechających się w towarzystwie trzech panów fabrykantów, dwóch zasiadających przy stoliku i trzeciego, który jeszcze nie przysiadł, pójdź na ulicę Ogrodową, stań i wsłuchaj się w echo tamtego miejsca. Stań naprzeciw murów i jeśli poczekasz, z ciszy zaczną wyrastać zaklęte tam dźwięki i obrazy.

Poczuj. Łóżko jeszcze ciepłe. Jesteś zadowolona, że trafiłaś do numeru za pierwszym razem, nie myląc innych nor, gdzie obcych obrzuca się wyzwiskami. Kładziesz się i mimo wrzasków, stęchłego smrodu niemytych, stłoczonych na zbyt małej przestrzeni ciał, wyciągasz się wygodnie, ból jest do zniesienia. Wypływa z pamięci obraz Burka, którego głaskałaś, a on machał ogonem i lizał cię po ręku. Uśmiechasz się, spryciarz w pośpiechu zajadał strużyny końskich kopyt przed kuźnią. Jutro, jutro kupisz kartofle, surowe w środku i w łupinach, gotowane w brudnej wodzie bez soli, ale ciepłe, jak w domu; drogą na Kawęczyn, Lipce. I z tą bajkową myślą zasypiasz, wcale nie czując wszy, co obłażą twoje ciało. Wycie syreny zagłusza krzyk człowieka, który szarpie za ramię, ale ty jeszcze chwilę leżysz, tak dobry jest sen. Wrzucają cię w koszmar wędrówki do bramy, więc człapiesz w ciemności za ledwo widocznymi plecami zgarbionego mężczyzny okrytego szarymi łachmanami, po łydki w błocie wymieszanym z ludzkim gównem i szczynami, bo to już wiosna i niedługo święta. Alleluja. Żeby tylko kozacy nie bili

Łódź w 1905 roku to dość monotonny szary pejzaż pokryty popiołem i sadzą opadającymi bez przerwy z fabrycznych kominów. Wokół wielkich fabryk powstają osiedla robotnicze, czyli pospiesznie, byle jak, bez fundamentów, bez planu zagospodarowania przestrzennego (nie ma do dzisiaj) wznoszone są baraki z cegły, materiału taniego, dostępnego i dość trwałego. Ulice, w zdecydowanej większości, nieutwardzone wypełnione są monotonnie przesuwającym się szarym tłumem robotników a środkiem poruszają się furmanki, zaprzęgi jedno lub dwukonne. Łódź liczy 343 944 mieszkańców, w tym 117 341 mieszkańców stałych (dla porównania w 1900 – 283 206 mieszkańców, w tym 92 286 mieszkańców stałych), czyli około 120 tys. mieszkańców plus 220 tys. ludzi bez prawa stałego pobytu, bez praw obywatelskich poza prawem sprzedania swojej pracy na warunkach dyktowanych przez właścicieli fabryk. Propagandowo akcentowany boom demograficzny już wygasa, bo najwięcej przybyszów Łódź przyjęła wcześniej. W Łodzi tego czasu nie ma żadnej infrastruktury komunalnej: nie ma wodociągów (pierwsza studnia publiczna studnia – 1841, Piotrkowska/Nawrot), nie ma kanalizacji (zebranie w sprawie budowy odbyło się w 1886, budowę rozpoczęto w 1925 r, wg projektu Lindleya pod nadzorem inżyniera Stefana Skrzywana. Do 1939 r. powstało 71 km. sieci wodociągowej i 105 km. kanałów, do których przyłączono 2709 nieruchomości), nie ma elektryczności (pierwsze oświetlenie elektryczne przemysłowe zostało zamontowane w przędzalni Leona Allarta i w zakładach Scheiblera; prywatny pasaż Meyera /ul. Moniuszki/ został oświetlony latarniami elektrycznymi w 1887 r. a latarnie elektryczne w mieście pojawiły się w 1908 r.), jest tramwaj (luksus poza zasięgiem robotniczej kieszeni), brukowana Piotrkowska (w części), szpital dr. Jonschera i następne (później), nie ma standardów dystrybucji żywności. Tlą się ogniska tyfusu plamistego, ospy, szerzy się gruźlica, ale za to Karol Scheibler wydaje dla swoich robotników nakaz niedzielnego spaceru w jego parku a kto się od tej przyjemności uchyli, będzie miał potrącone z poniedziałkowej dniówki. To obóz pracy przymusowej, porównywalny z obozami Leopolda II w Kongo (mniej więcej ten sam czas).

Wyobraź sobie, że wsłuchując się w szepty, westchnienia, stęknięcia i kroki ludzi dźwigających każdy z osobna swoją udrękę, w mroku przedświtu idziesz na przędzalnię, której zbliżanie się poznajesz po drżeniu ziemi. Tam wielka maszyna podaje swoją siłę systemem pasów transmisyjnych na górę, na kolejne piętra, gdzie napędza biegnące pod sufitem wały korbowe, a te podają ruch do maszyn. Hałas. Hałas. Hałas, huk. Idziesz i widzisz, jak ziemia przesuwa się w rytm twoich kroków i chyba śpisz, bo zaskakuje cię nagłe szarpnięcie, kopniak i ból rąk, którymi podpierasz się w błocie, żeby nie upaść twarzą. Zabłądziłaś, poszłaś pod kantor panów majstrów: Gdzie brudas lezie. Portier taki brutalny, bo przestraszył się, że cie przegapił, a mogłaś dotknąć pana inżyniera i on, portier, straciłby robotę. A gdzie on robotę znajdzie, jak mu maszyna rękę urwała. I tak się zlitowali. A masz, ciamajdo. Podnosisz się jakoś tak koślawo i czujesz to ciepłe, co płynie po policzkach. A miałaś nie mazać się. A dalej to już zwyczajnie, przejdzie. Chociaż nie, bo jak chłopy zmusiły do dziesięciogodzinnego dnia tych krwiopijców, to majstry takie złe, że i przysiąść nie można. A jak się nitka urwie, to zaraz bicie. A później łóżko. I kartofle. Dzisiaj kartofle! Jak święto. Alleluja!

Powstanie robotnicze w Łodzi, chociaż pierwsze zbrojne powstanie robotników w Imperium Rosyjskim, chociaż dało pozorne zwycięstwa – dziesięciogodzinny dzień pracy i podwyżkę stawki godzinowej, zakończyło się całkowitą porażką. To była rzeź. Nie ma jasności, co do liczby ofiar i przebiegu zdarzeń. Wiadomo tylko, że pierwsze strajki wybuchły już w styczniu 1905 roku, a kulminacją były walki w czerwcu. Demonstracje robotnicze zostały rozgromione siłami wojska – sześć pułków piechoty, dwa pułki kawalerii oraz pułk kozaków – i policji. 1 grudnia 1906 r. papież Pius X w liście do biskupów ziem polskich potępił wystąpienia robotników przeciwko carowi. Wprowadzono stan wojenny w Łodzi i w powiecie łódzkim, utrzymany do 19 czerwca 1909 roku i zastąpiono wówczas stanem nadzwyczajnej ochrony. W wyniku zmowy właścicieli, 6 grudnia 1906 r. fabryki Poznańskiego, Biedermanna, Grohmana, Heinzla, Kumitzera, Scheiblera, Steinerta i mniejsze ogłosiły lokaut – wszyscy zatrudnieni tam robotnicy zostali wyrzuceni z pracy. Zaczęto zamykanie fabryk i wysiedlenia robotników. I to był koniec obozu pracy Łódź.

B. Baranowski, J. Fijałek, K. Bodziak, R. Rosin (Łódź Dzieje Miasta. Tom 1 do 1918 roku, PWN 1988) piszą: Powołana do życia nowa przemysłowa Łódź nie stanowiła prostej kontynuacji feudalnego miasteczka o tej samej nazwie. Nie powstała w wyniku jego ewolucji funkcjonalnej, na drodze adaptacji bądź stopniowej przebudowy średniowiecznego układu urbanistycznego do nowych potrzeb produkcyjnych bądź społecznych. Wprost przeciwnie, z pełną świadomością utworzono ją na terenach zewnętrznych – na gruntach okolicznych folwarków, wsi oraz lasów inkorporowanych następnie do miasta – jako jednostkę urbanistyczną już w założeniu autonomiczną względem macierzystego osiedla. Mimo, że dawna Łódź rolnicza i nowa łódź sąsiadowały ze sobą o miedzę, w sensie zaś prawnym tworzyły jeden organizm miejski, to jednak przez wiele jeszcze dziesiątków lat żyły one swoim własnym odrębnym życiem, co znalazło wyraz m. in. w układzie przestrzennym miasta. Obóz pracy niewolniczej Łódź.

To Niemcy, w czasie I Wojny Światowej sprawując zarząd miasta, 18 sierpnia 1915 roku włączyli w obszar miasta Bałuty, Widzew, Radogoszcz, Żabieniec, Zarzew, Dąbrowę i Chojny, nadając mu logiczny sens administracyjny. To Niemcy nadali Łodzi status miasta powiatowego. W 1915 r. otworzono Pierwszy Miejski Zakład Kąpielowy i wprowadzono przymus kąpieli aby zapobiec rozwojowi epidemii tyfusu plamistego. To Niemcy utworzyli Pierwszy Miejski Dom Izolacyjny, a później Drugi Dom Izolacyjny dla osób chorych na tyfus, ospę i drętwicę. To Niemcy umożliwili 11 października 1917 otwarcie przy ul. Piotrkowskiej 150 pierwszej w Łodzi biblioteki publicznej. W 1918 bibliotekę przeniesiono do budynku przy ul Św. Andrzeja 14. Obecnie jest to Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Marszałka Józefa Piłsudskiego przy ul. Gdańskiej 100/102.

Zanim więc zwolnisz migawkę i zrobisz sobie zdjęcie z trzema zbójami, pomyśl, ty, Łodzianko spod Płyćwi w trzecim pokoleniu, że w połowie dziewiętnastego wieku pędziło ludzi do Łodzi ze wsi, twojej wsi, to samo marzenie, które w połowie dwudziestego wieku przywiodło tutaj twoich dziadków, ale to już było zupełnie inne miejsce. Kiedy będziesz robić zakupy w sklepach mieszczących się w adoptowanych murach obozowych lub bawić w jednej z wielu zlokalizowanych tam restauracji, to mów szeptem, przez pamięć dla potu i krwi, które te mury widziały i które wsiąkały w te podłogi.

Kategorie
Uncategorized

PRAWO DZIECKA DO SZACUNKU

Gorąco zachęcam Państwa do przeczytania (m. in. z okazji Światowego Dnia Sprzeciwu Wobec Bicia Dzieci – 30 kwietnia) nieobszernej, bo czterdziestokilku stronicowej książeczki Janusza Korczaka Prawo dziecka do szacunku.

Czy książeczki…?

Prawo dziecka do szacunku, wydane po raz pierwszy w 1928 (sic!) roku, zawiera deklarację praw dziecka, którą Korczak formułował w ciągu wielu lat obserwacji i poznawania najmłodszych. Odwołując się do niezbywalnych praw każdego człowieka, Korczak przekonuje „Nie ma dzieci – są ludzie” i żąda szacunku dla dnia dzisiejszego dziecka. Szacunku dla jego niewiedzy i pracy poznania, dla niepowodzeń i łez, dla własności dziecka i jego budżetu ( tak właśnie- budżetu !!). Dziecko ma prawo być tym, kim jest. Mimo że od napisania tej książki minęło ponad 80 lat, zawarte w niej treści są nadal aktualne, a w kwestii egzekwowania praw dzieci pozostaje ciągle dużo do zrobienia.

Oto fragmenty (wytłuszczenia moje).

„Winą dziecka będzie wszystko, co uderza w nasz spokój, ambicję i wygodę, naraża i gniewa, godzi w przyzwyczajenia, absorbujeczas i myśl. Nie uznajemy uchybień bez złej woli.

Dziecko nie wie, nie dosłyszało, nie zrozumiało, przesłyszało się, omyliło się, nie udało mu się, nie może – wszystko jest winą.

Niepowodzenie dziecka i złe samopoczucie, każdy trudny moment – to wina i zła wola.

Nie dość szybko lub zbyt szybko, nie dość sprawnie wykonana czynność – wina niedbalstwa, lenistwa, roztargnienia, niechęci.

Niespełnienie krzywdzącego, niewykonalnego żądania – wina.

Partackie złośliwe podejrzenie – też wina.

Winą dziecka są nasze obawy i podejrzenia, nawet wysiłek poprawy. – Widzisz: jak chcesz, możesz.

Zawsze znajdziemy coś do zarzucenia, żarłocznie żądamy więcej.

Czy ustępujemy taktownie, czy unikamy niepotrzebnych zadrażnień, czy ułatwiamy współżycie? Czy nie my właśnie jesteśmy uparci, grymaśni, zaczepni i kapryśni?

Jaka nasza, wychowawców, rola, jaki dział pracy?

Dozorca ścian i mebli, ciszy podwórka, czystości uszów i podłogi, pastuch bydła, by nie lazło w szkodę, nie przeszkadzało dorosłym w pracy i wesołych wywczasach, klucznik zdartych portek i butów i skąpy szafarz kaszy. Stróż dorosłego przywileju i gnuśny wykonawca niefachowego kaprysu.

Kramik obaw i przestróg, stragan moralnej tandety, wyszynk denaturowanej wiedzy, która onieśmiela, plącze i usypia zamiast budzić, ożywiać i cieszyć. Agenci taniej cnoty, mamy narzucać dzieciom czcie i pokory, a roztkliwiać dorosłych, łechtać ciepłe wzruszenia.”

 „Badacze orzekli, że człowiek dojrzały kieruje się pobudkami, dziecko popędami, dorosły logiczny, dziecko narwane w złudnej wyobraźni, dorosły ma charakter, ustalone oblicze moralne, dziecko wikła się w chaosie instynktów i chceń. Badają dziecko nie jako odmienną, ale niższą, słabszą, biedniejszą organizację psychiczną. Niby: dorośli wszyscy – uczone profesory.

A dorosły bigos, zaścianek poglądów i przekonań, psychologia stada, przesądy i nawyki, lekkomyślne czyny ojców i matek, całe od dołu do góry nieodpowiedzialne życie dorosłe. Niedbalstwo, lenistwo, tępy upór, bezmyślność, dorosłe niedorzeczności, szaleństwa i pijane wybryki.

A powaga, rozwaga i równowaga dziecięca, solidne zobowiązania, doświadczenie na własnym odcinku, kapitał sprawiedliwych sądów i ocen, taktowna powściągliwość w żądaniach, subtelne odczuwania, niemylne poczucie słuszności.Czy każdy wygra, grając z dzieckiem w szachy?

 „Żądajmy szacunku dla jasnych oczu, gładkich skroni, młodego wysiłku i ufności. Czym bardziej czcigodne przygasłe spojrzenie, sfałdowane czoło, szorstka siwizna, pochylona rezygnacja?

I wschód, i zachód słońca. Zarówno modlitwa poranna i wieczorna.

I wdech, i wydech, i skurcz, i rozkurcz serca.”

„Baczność: życie współczesne kształtuje silny brutal, homo rapax: on dyktuje metody działania. Kłamstwem są jego ustępstwa dla słabych, fałszem cześć dla starca, równouprawnienie kobiety i życzliwość dla dziecka. Błąka się bezdomne uczucie – kopciuszek.

A właśnie dzieci – książęta uczuć, poeci i myśliciele.

Szacunku, jeśli nie pokory, dla białego, jasnego, niepokalanego, świętego dziecięctwa.

Kategorie
Uncategorized

Mój samochód i Ja

Zacznijmy od tego, że jestem przeciętną kobietą, traktującą pojazdy mechaniczne jako środek transportu. Generalnie, samochód to fajna rzecz, natomiast musi posiadać określone cechy: nie psuć się, być bezpieczny, ładowny, a i ekonomiczny, w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu.
Na 25 urodziny dostałam „kukuruźnika” – to 15-letnie cinquecento w kolorze bordo metalik, teoretycznie w dobrym stanie.

Sześć miesięcy użytkowania pokazało, iż jest „odrobinę” inaczej. Nie do końca sprawne radio, bagażnik, który spada na głowę. Hm… właściwie da się przeżyć…
Nauczyłam się przy okazji paru nowych słów, np. ssanie w samochodzie lub chłodnica. Pierwsze wpadki były dość niewinne, ale i tak mogą budzić śmiech i  zdziwienie, dalsze wzbudzają głównie śmiech.

I
Hamulec ręczny
Kobieta to delikatne stworzenie, o dużej łagodności, raczej nie posiadające zbyt wiele siły fizycznej. Mój kukuruźnik wyzwolił we mnie demona. Pierwsza próba pozostawienia samochodu zaparkowanego na lekkim wzniesieniu skończyła się dość nieoczekiwanie. Spiesząc się ciutkę zaparkowałam na podjeździe – wizyta u dentysty, lepiej się nie spóźnić. Zaciągnęłam dość energicznie ręczny i ze zdziwieniem odkryłam, iż moje wspaniałe samochodziątko… stacza się. Ponowna próba zaciągnięcia ręcznego była równie mało skuteczna jak pierwsza. No cóż, nie pozostało nic innego, jak tylko pozostawić auto na równej powierzchni i wejść na wizytę, martwienie się – potem.

II
Korek do paliwa
Osobom takim jak ja, dziwakom, psują się na ogół niestandardowe części samochodu, np. korek od paliwa.
Jadę sobie z pełnym bakiem, szczęśliwa, z wiatrem we włosach i ups, śmierdzi coś benzyną. Pewnie samochód przede mną. Podjeżdżam pod dom. A może tak na wszelki wypadek sprawdzę co z tym… o kurwa. Moim oczom ukazuje się przepiękny widok: cudne zacieki od wlewu paliwa do samego dołu… przy okazji widać, jaki samochód brudny. Nie wiem, czy korek, czy benzyna, w każdym razie jedno z nich wykazało własną wolę i chęć działania. Chwila przemyśleń i czas wziąć się do pracy. Odkręcam korek i zakręcam, znaczy znów ambitny plan wziął w łeb. Korek lekko się zbuntował, zakręcić się nie chce, moje palce czują się jak na rollerkosterze, w kółko i w kółko, i tak fajnie się kręci. Nie, moment, wcale nie jest fajnie. Znów mam nowy cel na ten tydzień: znaleźć korek do cinquecento. Wrrrr, wolałabym pójść na masaż.
Nowy korek udało mi się znaleźć, ale nie był to koniec przygód. Tak jak pierwszy korek uwielbiał się kręcić, tak drugi wręcz przeciwnie, ni w ząb.
Po wszelkich niezbędnych naprawach ruszam w trasę, szalony pomysł – Zakopane łelkam to! Na trasie cóż, benzyna się kończy, zjeżdżam na stację i chciałabym odkręcić korek, niestety, znów za wysoko ustawiłam poprzeczkę. Po kilku minutach usilnych prób poszłam poprosić o pomoc. Pan spojrzał na mnie z politowaniem, odkręcił korek, coś tam rzucił w moim kierunku a propos blondynek (udałam, że nie słyszę) i zatankował do pełna. Nadzieja wróciła, pojadę dalej, huraaa… A, nie może Pan zakręcić? Jak to, nie? Moment, korek należy zakręcić, jak ja dalej pojadę? Pan poszedł zatankować drugi samochód, wrócił i dalej majstruje z korkiem. Niestety mało skutecznie, efekt: korek się zamyka, ale kluczyk nie wychodzi. To ja Pani odczepię resztę, tak aby Pani mogła jechać, a z tym to trzeba do mechanika. Nie ma to jak pomoc mężczyzn, przecież wiem, że trzeba do mechanika, ale ty, łośku, miałeś mi pomóc, a nie zepsuć! Tak więc jadę do Zakopanego z kluczykiem w korku od paliwa.

III
Chłodnica
Człowiek uczy się przez całe życie, ja w ostatnim okresie dość intensywnie obsługi czegoś, co podobno jest samochodem. Aby nie było mi i innym smutno, angażuję w proces nauczania większość moich znajomych, szczególnie tę męską ich część. Przemierzając mniej lub bardziej rozkopane ulice Łodzi zauważam dym unoszący się spod maski mojego kukuruźnika. Chwila konsternacji, do kogo zadzwonić? Nie, on też nie, nie, jest Józek, dzwonię.
Hej, dymi mi się spod maski, co mam z tym zrobić?
Józek: A jaką masz temperaturę w chłodnicy? Że w czym? A tak po polsku?
On: Znajdź na tablicy rozdzielczej coś, co pokazuje temperaturę.
Hura, mam! O kurwa, 130 stopni…
On: Stań i nigdzie już nie jedź.
No nie, muszę jakoś dotrzeć do pracy!
On: Stań, bo go zatrzesz, i zobacz, czy woda jest w chłodnicy, jak nie, to trzeba dolać.
Zatrę? Dobra, staję, dzięki, pa.

Dwie minuty potem. Trzymając jedna ręką telefon, drugą łapkę na korku od chłodnicy.
Hej, to znów ja, wiesz, paruje bardzo z chłodnicy…
Józek: Tylko teraz nie odkręcaj!
Czemu?
On: Bo wybuchnie.
W tym momencie moja łapka znalazła się hen za plecami, szukając świeżego powietrza lub jakiejś innej rzeczy, która nie ma ochoty wybuchnąć.
Ale co teraz?
On: Poczekaj, niech ostygnie, i dolej wody.
A potem będę mogła jechać?
On: Potem oddaj go do mechanika.
Dzięki, pa.
Magiczne słowo „mechanik”. Oswajam się z myślą, że jak tak dalej pójdzie, to moje autko więcej czasu będzie spędzać w warsztacie niż na drogach.
Dalszą część drogi pokonałam pieszo zastanawiając się, czy nikt nie stuknie kukuruźnika, czy straż miejska go nie zaplombuje, i kiedy znajdę czas, by się nim zająć i odstawić go we właściwe ręce. Tego dnia nie było na to najmniejszych szans.

IV
Prozaiczna rzecz: koło
Dla przeciętnego zjadacza chleba zmiana koła w samochodzie to normalna rzecz, zdarzająca się od czasu do czasu, nie wzbudzająca zbyt silnych emocji.
Niestety, inaczej jest w moim przypadku. Wychodząc z pracy z cudowną perspektywą spędzenia uroczego wieczoru ze znajomymi w teatrze odkrywam, iż nie wrócę do domu samochodem. Zdarzyło mi się coś, co potocznie nazywa się „gumą”, a dla mnie oznacza kolejne 15 minut burzy neuronów: co z tym zrobić? Dziś nie mam czasu na popsute koło! Jest 17.00, wyniki w poradni czekają na odebranie, o 19.00 zaczyna się sztuka, a ja mam do dyspozycji transport miejski, korki na drogach i niesprawne auto. Wsiadam do autobusu i dzwonię do mamy, może chociaż mnie podrzuci do domu, a potem będę się martwić, co dalej. Super, wynegocjowałam pomoc w postaci zmiany koła, w sumie moja mama ma w tym doświadczenie. Niestety, porażka. Pan przy zakładaniu opon letnich trochę zbyt mocno dokręcił. Postanowiłam poszukać ofiary, która zdecyduje się wymienić mi koło. Udało się! Kolega, z którym idę do teatru, jest chętny. Oczywiście zadaję mu najmniej inteligentne pytanie, jakie mogłam w tej sytuacji zadać: to przed teatrem, czy po? (Jest 18.00) Odpowiedź brzmi: po teatrze.
Rzeczywiście, ja wystrojona, on w garniturze, plus jeszcze dwie osoby, podjeżdżamy pod mój samochód.
Kolega: Masz podnośnik?
Jak jest w samochodzie, to tak.
On: No dobra, pokaż. Zaciągnij ręczny i działamy
Nie działa.
On: Co nie działa?
Ręczny, zerwałam linkę.
Słychać cichy jęk.
Samochód w górze, koło prawie odkręcone, tylko coś ten kukuruźnik mało stabilnie wygląda…
On: Wejdź do samochodu i naciśnij na hamulec, tak na wszelki wypadek.
Próbuję otworzyć drzwi, niestety, ani drgną.
On: Z tej strony nie dasz rady, z drugiej, tam gdzie samochód dotyka ziemi.
Otwieram drzwi, kładę się na siedzeniach z lekką obawą, że za chwilę wszystko runie i cóż, sięgając łapką naciskam na hamulec, i tak przez kolejne dwie minuty. Koleżanka zaczyna się głośno śmiać i rzuca coś o braku aparatu. W tej sytuacji jedyne, co mogę zrobić, to przyłączyć się do niej…

Kategorie
Uncategorized

Na żywca. Powinno być: na żywo.

Słońce między blokami wykreśla skośne linie na papierze. Wiatr porusza koszulami w szafie. Perspektywa pełna jesiennej mgły przyprószonej złotem. Plakaty radośnie obwieszczają piętnasty kongres europejskiego stowarzyszenia AIDS/HIV. Patrz Pan, jak to zleciało. Piętnaście lat kongresów, zjazdów. A za pięć lat okrągła rocznica. To będzie, Panie, kongres.

Ktoś powinien policzyć, jaki wpływ na jakość życia nosiciela HIV mają wydatki poniesione na wodę mineralną wypitą przez uczestników kongresu. Tydzień temu odbywał się kongres miłośników SM. Ktoś powinien policzyć, jaki jest związek między jakością życia chorego z SM a kosztem papieru toaletowego spuszczonego do kongresowego kibla. Za tydzień kolejny kongres. Górą wirusy powolne. Niech żyją choroby przewlekłe.

Nigeria. Trzynastoletnia analfabetka, która jest kurwą za jedzenie nie wie o istnieniu HIV, nie wie o kongresie. Nie ma pojęcia o pięknej Barcelonie.

*

* *

Problem śmieci psychologia zorientowana na proces proponuje rozwiązać w radykalny sposób. Należy, nie jak w dotychczasowej praktyce, która polega na wywożeniu śmieci za miasto, na wysypiska, należy więc zawieźć śmieci na centralny, reprezentatywny plac miasta. Powiększać tę górę odpadów, aż przyjdzie rozwiązanie. Ale praktyka ta już jest stosowana i rozwiązanie już jest.

Centrum handlowe tym różni się od wysypiska, że śmieci są ładnie ułożone na półkach, zdobią manekiny opatrzona cenionymi nazwami. Śmieciarze przychodzą i grzebią w śmieciach. Zwykle wybierają coś dla siebie. Płacą, ale nie za to, co wybrali, bo to jest śmieć. Płacą za przyjemność grzebania w śmieciach. Zanoszą śmieci do domu i tam układają je na półkach, prywatnych. I to jest druga przyjemność. Nadprodukcja śmieci ulega skutecznemu rozproszeniu. Firmy powinny poszukiwać śmieciarzy, którzy za niewielką opłatą będą przechowywać śmieci, których nikt nie chce. Bo stworzyć modę na noszenie różowej żaby to kwestia pieniędzy. Trzeba policzyć, co taniej – tworzyć modę czy od razu zatrudnić śmieciarzy.

Ktoś odczytał przesłanie psychologii zorientowanej na proces albo wpadł na rozwiązanie sprawy śmieci inną drogą. W pierwszym wypadku Mindellowi należy się wynagrodzenie wynalazcy, w drugim – odkryto prawdę powszechną – to centrum miasta jest samym środkiem śmietnika – banki, urzędy, magistrat.

*

* *

Turystyka to aktywny wypoczynek. Aktywny udział w zwiedzaniu muzeów (Berlin, wyspa muzeów jednego dnia), teatrów, z akcentem na operę (Wagner), zabytków (analiza podziałów zastosowanych w katedrze w Chartres). Nie.

Turystyka to dość łatwy zarobek na ludzkich słabościach, ponieważ turysta płaci za żarcie, spanie, uchlanie bez kaca, seks bez syfilisa. Tyle. Reszta to alibi. Fachowcy zajmujący się wizerunkiem miast i miasteczek pewnie wiedzą, jak niebezpieczny to teren, zwłaszcza gdy chodzi o wizerunek atrakcji turystycznych, bo może okazać się, że bardziej potrzebny jest alfons niż historyk sztuki a Rambla, Ring, Under der Linden czy Avenue des Champs-Elysees to jeden wielki burdel.

Turystyka do Azji południowej to wyprawa po seksualną przygodę przyprawioną dobrymi prochami. Młodzi Anglicy przylatują do Krakowa po tanie piwo i bezkarną awanturę. I tak dalej. Zadanie dobrej obsługi polega na izolowaniu turysty. Niech przyjedzie, weźmie to, czego potrzebuje i wyjedzie. Zostawi dolary, ruble, funty jeny,juany, euro i …. a reszta, i kwietne wianki, spłynie z wodą. Prawdziwe życie jest gdzie indziej.

Najlepiej zbudować kasyno na pustyni.

*

* *

Rano. Ktoś usunął zdechłego szczura, co leżał wieczorem pod murem otaczającym boisko szkolne.