Nasz profil na facebooku
*
To jest o rozpaczy. Nie jakiejś wielkiej, ale o rozpaczy codziennej, zwykłej. O ile rozpacz jest zwykła.
Teatr Polski w Bydgoszczy wystawia „Transformacje”. Bohaterowie to zwykli ludzie z V (F) ICD – 10. To zwykli ludzie, którzy trafili do księgi rozpoznań psychiatrycznych. Opowiadają swoje losy. Narracja jest rwana. Nie ma selekcji na sprawy wielkie i małe. Detal przywołany przez bohatera jest dojmujący. Tragedia rozgrywa się na scenie, ale nie ma sceny. Wszystko jest sceną, cała przestrzeń.
To, co z ust bohatera dramatycznego zwykle pada w samym środku spektaklu, tutaj zdarza się mimochodem, w każdym słowie, ruchu, geście. Miesza się wszystko, bo wszystko jest aktualne w głowach – i hitlerowskie reminiscencje, i kolejka do mięsnego w PRL-u, i miłość, i seks. Nie ma historii, chociaż się dzieje. Wzruszenia heroicznie, groteskowo – banalne. Bo modlitwa jest banalna, ale zupełnie osamotniona, – już nie. Dzieci kreślą orła na śniegu i to tylko bawi, ale orzeł w ceglanym pyle – już nie. Nie ma widowni. Widz jest wewnątrz i zewnątrz. Ostatnie przekształcenie przestrzeni powoduje, że ci, którzy patrzyli, zajmują miejsce aktora, stają się graną postacią; niosą oni teraz te same lęki, pragnienia, niespełnienia.
Rozpadłe, koślawe życiorysy, przeżycia skrajne, zbanalizowane dewiacją, łączą się w spójny portret, mój portret. Pełen lęku, niepewności, bólu i smutku, ale jednak jakoś dumny, ciepły i wzruszający. Jeden głos rozpisany na wiele postaci, jak symfonia, gdzie wszystko do siebie pasuje. Kiedy zapada ciemność, już na końcu, i ona gra, bo w tej ciemności jestem sam. A chcę przytulić tego, co w niej wieloosobowo, jeszcze przed chwilą istniejący – zniknął.
To nie było o mnie, to byłem ja – mówi do mnie Ja, nie teatr. Bo w tym spektaklu nikt nie mówi do mnie. To ja mówię, żyję, przeżywam. Jeśli tylko pozwolę, żeby oni – ja, do mnie przemówili.
Bydgoszcz jest daleko. Teatr Polski jest bliżej. Transformacje, bliskie. Ten wieczór – bardzo we mnie.
**
Odrębna refleksja przysługuje widowni.
Tępy przypadkowiec, oglądacz śmieje się, bo aktor robi głupie (wcale niegłupie) miny. Pewien pan dalej rozmawia ze swoją partnerką, mimo że spektakl się rozpoczął. Widać nie wie o tym, że koncert zaczyna pierwsza nuta. W zamyśle reżyserskim jest, że aktorzy nawiązują kontakt z widownią, ale w czasie całego spektaklu nikt nie reaguje rozumnie, adekwatnie, co powoduje, że praca aktorów jest bardzo ciężka. W szczególnie ważnych, trudnych momentach widownia ryczy ze śmiechu. Im więcej napięcia na scenie, tym więcej głupoty na widowni. Patrzę i zdumiewa mnie dodatkowy efekt – groza wynikająca z coraz większego rozziewu między tym, co robią ludzie na scenie, a co, na widowni. Im bardziej ludzkie jest to, co jest dziełem, kreacją, tym bardziej odhumanizowany, bezduszny jest tłumek na widowni. Im bardziej i przenikliwiej ujawnia się prawda spektaklu, tym bardziej bezmyślne są reakcje na „widowni”. Baba, która niczego nie rozumie rechocze, a jej rechot wywołuje salwę śmiechu.
Teatr, sztuka jest zajęciem arystokratycznym. Nie ma kryteriów dostatecznie dobrych, pozwalających ocenić, kogo wpuścić do świątyni, a kogo nie. Może trzeba Kogoś, który wypędzi straganiarzy. A może powinno być tak, że każdy tępak, który zrobi coś, co wywoła dysonans, popsuje bieg rzeczy, powinien dostawać w mordę. Albo inaczej – w mroku, poza reflektorami powinien siedzieć snajper i na dany znak strzelać z broni z tłumikiem. Oni i tak nie zauważą osuwającego się trupa. Podepcą.
Zamiast powiedzieć – zachęcam do obejrzenia wielkiej sztuki granej na małej scenie, powiem tak – nie chodźcie do Teatru.
Nie chodźcie do Teatru Polskiego w Bydgoszczy.
Nie chodźcie na Transformacje.
To nie dla was.
* Artur Pałyga, V(F)ICD-10. TRANSFORMACJE, Reżyseria Paweł Łysak, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki, Al. Mickiewicza 2, Bydgoszcz