| Piękniejemy po wakacjach |
| Autor: Andrzej Kuśmierczyk | |
|
Stoi śliczna dziewczyna na ulicy i czeka na zmianę świateł. Lekki wietrzyk rozwiewa jej ciemne włosy i jasną, lekką sukienkę w duże, żółte kwiaty. Dziewczyna ma śliczną buzię i niezwykle zgrabną sylwetkę. Obserwuję ją i uśmiecham się do siebie, bo ona mnie nie widzi. I nagle dziewczyna otwiera buzię i ziewa, nie wykonując przy tym żadnego gestu. I buzia zamienia się w gębę, rozdziawioną, tępą gębę, a ona, jeszcze ziewając, rusza ciężkim, niezgrabnym krokiem. Szkoda.
Idzie mama z dziewczynką, zapewne z córką, i trzyma ją za rękę. Dziewczynka ma może 12, 13 lat. Z mimiki i ruchów widać, że jest lekko upośledzona umysłowo. I widok ten tylko współczucie by budził, gdyby nie to, jak dziewczynka jest ubrana. Ma na sobie kusą, rażąco krótką kloszową spódniczkę, spod której wystają majtki. Dziewczynka cierpi na nadwagę, wygląda więc groteskowo, jakby matka specjalnie ubrała ją tak, żeby ośmieszyć, upokorzyć. Szkoda. Pięknieć można na różne sposoby, a brzydnie się też w różny sposób i różne obiekty mogą brzydnąć różnie. Dozorca sprząta ulicę, a że widać rzetelnym gospodarzem jest, polewa ulicę wodą i czyści na mokro gołębie łajno. Para mieszkańców kamienicy, przed którą gospodarz sprząta, wychodzi właśnie z domu i słyszę taki oto dialog: - Sprząta pan, co? - Ano sprzątam. - A te gołębie brudzą, co? - Ano, nauczyły się tak srać i srają. I wydawałoby się, że nie można niczego tak głupiego powiedzieć, a jednak można. Ale rozmówcy dozorcy ze zrozumieniem kiwają głowami, jakby nic się nie stało. Czyli, ze zgrozą przypuszczam, wszyscy uczestnicy tego zdarzenia reprezentują ten sam poziom głupoty. Szkoda. I jeszcze przykład z ulicy. Ktoś upuścił loda ledwo go zaczynając. Lód leży na chodniku i rozpuszcza się. Wnioskując po kolorze to jakiś lód owocowy, może truskawkowy. Przechodzą ludzie i wdeptują w tę różową plamę i roznoszą ją coraz dalej. Jest lato, więc drugiego dnia lód wysycha, a rozdeptana plama robi się szarobura. Przechodzi patrol straży miejskiej złożony z dwóch przystojnych dziewcząt. Rozglądają się wokoło, ale plamy nie zauważają i nie zwrócą nikomu uwagi, że warto ją zmyć. Szkoda. Może to przez tę nieznośną entropię, ale wyraźnie łatwiej coś zepsuć, pobrudzić, oszpecić niż sprzątnąć, poprawić, powiedzieć coś rozsądnie lub milczeć, wykonać taktowny ruch. A może na koniec wakacji i lata zawrzemy dżentelmeńską umowę społeczną, że włożymy trochę wysiłku w to, żeby było ładniej? Nawet jak sami jesteśmy w domu i wracamy zmęczeni i głodni z pracy, to nie jemy łapczywie byle czego stojąc przy otwartej lodówce, ale szykujemy sobie posiłek, tak jakbyśmy to zrobili dla ważnego gościa. Nie przebieramy się w tak zwane domowe ciuchy, czyli powyciągane, pozbawione fasonu i koloru, "donoszone" szmaty. (Żeby nie zdarzyło się jak w małżeństwie, które się rozpadło. On do niej: "Może byś się jakoś ubrała?" Ona: "Po co? Przecież tu nikogo nie ma." No to sobie poszedł.) Umówmy się, że w przestrzeni publicznej jesteśmy dla siebie uprzejmi, że chodzimy i jeździmy prawą stroną, że samochody przepuszczają pieszych choćby na pasach. Że nie rzucamy śmieci na ulicę, a właściwe służby opróżniają kosze zanim zawartość będzie wysypywać się wkoło. W sklepie ekspedientka będzie uprzejma, a nie jak zwykle zajęta jakąś czynnością, której nie przerwie, póki nie skończy. Kierowca autobusu nie zatrzaśnie z mściwą satysfakcją drzwi przed nosem pasażerowi, który właśnie dobiega, by wsiąść w ostatniej chwili. Nie będziemy przechodzić przez jezdnię na czerwonym świetle z ospałą nonszalancją. Kiedy kaszlemy, kichamy, smarczemy, ziewamy, będziemy to robić dyskretnie, nawet jak nikt nie patrzy. Odezwiemy się tylko wówczas, gdy będziemy mieli rzeczywiście coś rozsądnego do powiedzenia i z tym apelem zwracam się szczególnie gorąco do tych, których nazywam wszystkowiedzącymi. Po wakacjach, po urlopach, wypoczęci i wypiękniali wracamy do codzienności i możemy zrobić chociaż trochę, żeby ta letnia aura pozostała dłużej, co pewnie przyda się w listopadowe, pochmurne dni. Drobne gesty, które wydawałoby się stanowią nieistotny i niekonieczny dodatek, mogą w ważny sposób ułatwić wszystkim życie. Wańkowicz pisał o polskim kundlizmie, mając na myśli spontaniczną, niczym nie umotywowaną, bezinteresowną podłość. Nie ma co marzyć o likwidacji kundlizmu, bo trzeba by zderzyć się z wielowiekową tradycją, ale może jeśli będzie troszkę ładniej, to ten, kto będzie miał ochotę uczynić bliźniemu coś brzydkiego, zawstydzi się i chociaż czasem powstrzyma? |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|

