|
Żyjemy w codziennym pośpiechu, mamy tysiące spraw do załatwienia i wszystkie z nich na już, na teraz, albo najlepiej na wczoraj. W tym natłoku giniemy, zatracamy siebie samych. Od najmłodszych lat uczestniczymy w wyścigu szczurów. Poświęcamy mnóstwo czasu na naukę, rozwijanie własnego intelektu, poszerzanie wiedzy. Kończymy szkoły, uczelnie, dodatkowo robimy niezliczoną ilość kursów, żeby być bardziej atrakcyjnymi na rynku pracy. Pewnie w wielu aspektach życia dotyczy to zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Nigdzie nie uczy się ludzi, w jaki sposób mają zajmować się własnymi emocjami, jak są one związane z naszym ciałem. Ta sfera, pozostawiana sama sobie, narażona jest na mnóstwo urazów. Efekt jest taki, że każdy z nas obciążony jest wieloma nierozwiązanymi problemami, niezrozumiałymi emocjami. Często dramatyczne wydarzenia, których doświadczamy, upychamy głęboko w nieświadomości. Powracają one do nas w postaci koszmarów sennych oraz wielu dolegliwości chorobowych i symptomów cielesnych. Nasze ciało i umysł tworzą człowieka, tworzą jedność. Nie można pomijać i zaniedbywać żadnej jego części. Gdybyśmy chodzili na siłownię i trenowali z wielką uwagą mięśnie tylko jednej nogi, to w efekcie zaczęlibyśmy utykać. Dokładnie tak wygląda nasza sytuacja. Wszyscy dbają o rozwój intelektualny, zapominając o sferze emocjonalnej, więc nie ma co się dziwić, że po ulicach chodzą sami „kulawi ludzie”. Gdzie szukać przyczyny tego stanu rzeczy? System, sytuacja ekonomiczna, normy społeczno-kulturowe, religia? Nikt z nas nie ma zasięgu „globalnego”, ale może działać „lokalnie” – zadbać o siebie.
Chciałabym jednak skupić się na sytuacji kobiet. Kariera, dobra sytuacja materialna, posiadanie – to tylko jedna strona ich życia. A jak wygląda druga? Zgodnie z naszymi normami społecznymi dziewczynki wychowywane są do podjęcia roli żony i matki. Oznacza to tyle, że uczone są spełniania wszystkich obowiązków związanych z prowadzeniem domu. Obsługują swoje rodziny jak wolontariuszki. Posprzątane, ugotowane, wyprane, dzieci położone spać... znajdują na to czas odbierając go tak naprawdę samym sobie. Tu apeluję do mężczyzn: kobiety nie rodzą się z obszarem w mózgu odpowiedzialnym za umiejętność obsługi pralki czy piekarnika. Co dostają w zamian...? Są zmęczone, poirytowane, smutne. Często nawet nie wiedzą, jak się czują, nie mają czasu nazywać emocji, które się w nich budzą. Gotują się w środku niczym lawa w uśpionym wulkanie. Niezrozumiane, niezauważone, próbują wydostać się i „przemówić” językiem ciała. Wysypki, bóle, napięcia, które nie mają przyczyn medycznych, to język, krzyk ich emocji. W ten właśnie sposób próbują zwrócić na siebie uwagę. Jeśli się nimi nie zaopiekujemy, jeśli nie zaopiekujemy się same sobą, nikt tego nie zrobi. Świetnie, jeśli znajdujemy czas na gimnastykę i kosmetyczkę, ale często to nie wystarcza. Trzeba wsłuchać się w swoje ciało, poczuć emocje, które się w nim kumulują, znaleźć ich przyczyny i zadbać o własne potrzeby. Powyższe refleksje i spostrzeżenia oraz własna praca nad moją zaniedbaną przez lata sferą emocjonalną skłoniły mnie do zorganizowania warsztatów dla kobiet, które nazwałam „Szkoła przyjemności”. Celem tych zajęć jest zwiększenie świadomości własnego ciała, a tym samym poprawa komfortu życia. Pracujemy nad własną kobiecością i tożsamością. Uczymy się czerpać jak najwięcej przyjemności z życia. Zajmujemy się swoim ciałem i emocjami w nowy dla większości kobiet sposób. Badamy swoje ciała, sygnały które do nas wysyła, nazywamy je i uczymy się z nich korzystać. Zastanawiamy się nad wszystkimi naszymi ograniczeniami. Ile razy strach, ból czy wstyd spowodowały, że nie podjęłyśmy wyzwania, nie zrealizowałyśmy swoich planów, zrezygnowałyśmy z marzeń. Co zrobić, żeby takie sytuacje już się nie powtarzały? Dzięki naszym zajęciom kobiety zdobywają większy szacunek do siebie, potrafią stawiać granice, zadbać o swoje dobre samopoczucie. Nabywają nowych umiejętności, korzystają z własnych walorów, zalet. Potrafią tak przeorganizować życie swoje i swoich rodzin, by znalazło się tam miejsce również na ich potrzeby. Nie uczymy metod relaksacji, które są jak „tabletka przeciwstresowa”, działamy głębiej: szukamy przyczyny cierpienia. Wspólnie uczymy się, jak je zniwelować lub nie dopuścić do niego. Jeśli jest ono od nas niezależna, dbamy o to, by w konfrontacji z nim ponosić jak najmniejsze koszty emocjonalne. |