| Autor: Karina Pietrzak | |
Huta – ogień, upał, wielkie maszyny, hałas, aktywność, praca...Jej huta na co dzień jest szara, zimna, opuszczona, cicha, zastygła w bezruchu, przerażająca w swojej wielkości. Dwa moje światy, dwie męki... Jest taka przygnębiona, samotna, opuszczona. W swej bezsilności płacze i prosi o ratunek, krzyczy, że potrzebuje miłości, czułości bliskich ludzi. Ten krzyk... trafia w próżnię, potem cichnie dławiony łzami.Jak to się dzieje, że nikt nie słyszy krzyku, wołania? Jej rozpacz jest niedostrzeżona, jej szloch – bez odzewu... Ten płacz też niknie, a właściwie przekształca się. Staje się niewyobrażalnie silnym bólem i paraliżującym strachem. To demony, które zniewalają tak, że nawet płacz jest niemożliwy, zostaje tylko drżenie, napięcie, histeryczne łkanie. Te doświadczenia strasznie ją wyczerpują. Czuję się zmęczona, zapada w sen. Sny... czasami bywają przyjazne, dają odpocząć, nabrać sił... Jakby chciały dać jej szansę na wyrwanie się, na krok do przodu. Ale nie, to byłoby zbyt piękne. One dają jedynie złudzenie, okłamują! Sny dają tylko chwilę wytchnienia i zapomnienia. Pozwalają spróbować, jak błogo może być... Obudziła się zaskoczona... nie ma bólu, nie ma strachu... Nieporadnie próbuje stwierdzić, „co czuje”. Jakaś dziwna, nieznana, przyjazna energia. Jak ciepło w środku. Ono pobudza, daje siłę. Ciepło i miło pod żebrami, w brzuchu... jak mięciutki, cieplutki szczeniaczek. Śpiący, zwinięty w rozkoszną kuleczkę, wypełnia jej brzuch. Wygląda na to, że to przyjemne, ale nie bardzo wie, co z tym zrobić. Jak prezent od losu. Dlaczego by nie, w końcu jej też się coś należy... Postanowiła go wziąć, jak niespodziankę, jak przyjaciela. Uśmiechnęła się. Wstaje. Musi wstać i wziąć się za te wszystkie zaległe rzeczy. Rozgląda się, nie wie, od czego zacząć. Bierze tę energię jak prezent, jak przyjaciela, z pomocą którego na pewno uda się wydostać z huty, z tego przerażającego świata. Ubiera się w nią jak w wielki płaszcz, okrywając szczelnie wszystkie słabości, delikatne miejsca... i rusza. Wkłada mnóstwo wysiłku i pracy w ożywienie martwej huty. Otwiera okna, wpuszcza powietrze i światło, rozpala kotły. Wszystko się ogrzewa, wszystko zaczyna pracować, zmieniać się. Widać pot na jej czole, twarz i ręce są czerwone od wysiłku. Pracuje bez wytchnienia. Wie, wierzy, że jak zmieni swoją hutę, upiększy ją, to na pewno ktoś ją zauważy, odwiedzi, a wtedy będę mogła wszystko mu opowiedzieć... i zostanie uratowana! Zatrzymała się na chwilę. Zadrżała, jakby coś się w niej poruszyło... To ta cholerna nadzieja. Jest bezduszna, nieszczera... nie mówi wszystkiego... zawsze tylko – chce być. Cieszy się, kiedy ją podsyca, rozgrzewa, jakby działała sama dla siebie! Nadzieja powinna być dla niej! A ona znika wtedy, kiedy ona jej najbardziej potrzebuje. Południe. Już prawie wszystko gotowe. Zrobiła to! Jest gorąco, działające maszyny powodują olbrzymi huk. Hałas maszyn pochłania odgłosy jej wysiłku... jest zmęczona, ale dumna. Z niedowierzaniem patrzy przez wielkie okno. Dokładnie tak, jak o tym marzyła! Do tego zapomnianego miejsca zbliżają się ludzie... tak, nareszcie ludzie... jej ratunek i ocalenie! Jest taka wzruszona i szczęśliwa! Wita ich, roniąc łzy ze wzruszenia... ociera je szybko... przecież jest, ma być tak pięknie, a łzy są smutne i brzydkie... nic się nie stało, nikt nie zauważył. Zaprasza swoich gości, oprowadza, opowiada, jak, co i gdzie, z dumą pokazuje swoje dzieło. Hutę, w której ożywienie włożyła tak ogromny wysiłek. Robi się tak miło i ... bezpiecznie. Goście oglądają, podziwiają i idą dalej. Niektórzy są tak zafascynowani tym dziełem i jego twórcą. Nie mogą oderwać oczu od małej dziewczynki w wielkim płaszczu. Chwalą ją i jej pracę. Zdają się być urzeczeni wszystkim, co dzieje się dookoła. Rozmawiają, zaprzyjaźniają się. Dookoła ogień, aktywność, praca... robi się gorąco i parno. Wszystko razem tworzy wrażenie ogromnej siły! Wyglądają razem ślicznie, dobrze się bawią, dobrze się razem czują... jak starzy przyjaciele. Ile czasu tak spędzili...są razem już długo. Zbliża się noc, więc zaprasza ich do swojego kącika... idą razem, jest miło, wesoło... jest gorąco, wilgotno i duszno. Ona – roześmiana... wreszcie wygląda na szczęśliwą. Taka swobodna, rozpromieniona, wreszcie nie jest samotna, wreszcie wśród ludzi... tak bardzo tego pragnęła i udało jej się, osiągnęła to! Idą w głąb huty, robi się upał nie do wytrzymania. Rozpina guziki, odchyla kołnierz. Za mało, nadal jest jej za gorąco. Zdejmuje swój płaszcz... i nagle – jakby jakaś awaria systemu... coś strasznego i przerażającego zaczyna psuć tak piękny jeszcze przed chwilą obraz! Zawirowało jej w głowie, poczuła nieprzyjemny dreszcz na całym ciele. Nie wierzy własnym oczom. Co, co się dzieje, dlaczego, nie zrobiła nic złego!!!??? Płaszcz zrzucony na podłogę... pociągnął za sobą cały jej piękny, szklany świat, który rozbił się na drobne kawałeczki – wbił milionem lodowatych igieł w jej serce! Płaszcz... jak przesłona w aparacie... jak trójwymiarowe okulary w kinie... zaczyna zmieniać świat dookoła niej. Skamieniała, zamarzła. Nie, to niemożliwe, nie wierzy w to, co się dzieje. Nieruchomo obserwuje ludzi. Ludzie, którzy byli razem z nią, wydają się wariować, nie rozumie ich reakcji... Jedni uciekają w przerażeniu, krzycząc „oszustka!”, „miało być przyjemnie!”, „nie rób nam tego!”, „co to ma znaczyć?”, „nie, takiej cię nie chcemy!”. Inni rozglądają się wokół pytając siebie nawzajem „gdzie ona jest?, „zniknęła?”, „jak to możliwe, przecież przed chwilą tu stała?”. Ci ludzie, tak bliscy przed chwilą, uciekają od niej, odchodzą, nie widzą jej! Co się dzieje??? Jak to powstrzymać?! Przerażona i oszołomiona tym, co się dzieje, stara się coś zrobić, by to zatrzymać. Dotyka i woła ludzi. Oni stoją blisko niej, ale nie widzą jej, nie czują... jakby nie istniała! To nie ona przestała istnieć. Ona... ona jest ... jest wreszcie prawdziwa! To ci ludzie „zniknęli”, otoczyli się dźwiękoszczelną szybą, odgrodzili murem. Nadal są tuż obok niej, ale tak bardzo niedostępni. Przerażenie, strach, niepokój, poczucie winy... Zastanawia się, co zrobiła, co znów popsuła... Zasłania dłońmi twarz, bezwładnie osuwa się na kolana. Błaga przez łzy rozpaczy: „nie, to nie może się dziać naprawdę!” Nagle robi się zimno. Znajomy chłód. Zamyka oczy, jej twarz się zmienia, ten chłód jest w środku. Czuje, jak się rozprzestrzenia, nie tylko w niej. To samo dzieje się z całym jej światem. Wszystko traci kolory, robi się bezbarwne, rozmyte i zimne. Coraz ciszej. Już nawet ona nie słyszy żadnych słów. Szaro i posępnie. Rozgląda się dookoła. Zauważa nieopodal znajome twarze. Ci ludzie wyglądają normalnie. Jednak są obok. Ci ludzie postanowili zostać. Przed chwilą szukali jej, wołali. Nie znaleźli... zapomnieli o niej. Jest im ciepło i przyjemnie. Rozmawiają ze sobą, śmieją się, promienieją. Dlaczego mieliby burzyć tę sielską chwilę jakimiś zmartwieniami. Biegnie w ich stronę. W jej głowie pojawiła się myśl: „Może nic się nie stało, może to był jakiś straszny sen?” Jest coraz bliżej, widzi znajome twarze. Nagle jakby spod ziemi pojawia się przed nią szklana ściana... Rozgląda się, nie wierzy własnym oczom. Wokół niej rozchodzi się coraz bardziej krąg zimna i odrętwienia. Opiera głowę o szybę, zaciska pięści... może uda jej się stłuc tą szybę? Tak bardzo pragnie przedostać się na drugą stronę, do przyjaciół, do tego ciepła i radości, którego po tej stronie tak bardzo brakuje! Wali z całych sił zaciśniętymi pięściami w szybę. Chce uciec z tej szklanej pułapki! Ale nikt jej nie słyszy, nikt jej nie widzi... Słabnie, osuwa się na podłogę... ze strachu i bólu wyrywa się rozpaczliwy krzyk: „pomocy, nie widzicie mnie, błagam, nie chcę tu być sama, nie dam rady, potrzebuję was!” Jej wołanie wypełnia szklaną pułapkę. Wykrzyczane słowa odbijają się od szyby, tworząc histeryczne echo w zimnej, szarej i pustej przestrzeni za jej plecami. Łzy dławią słowa, boi się odwrócić, słyszy znajome echo własnych słów i płaczu. Nie chce znów zobaczyć tego miejsca, z którego tak bardzo chciała się wyrwać. Tak bardzo się napracowała, by je zmienić. Zmęczona i przerażona zamknęła oczy obolałe od łez, ukryła twarz w zimnych dłoniach, skuliła się. Jej oddech był poszarpany, histeryczny, duszący. Postarała się. Wzięła oddech. Troszkę głębszy i lepszy. Chciała się uspokoić. W jej głowie pojawiły się znów te same pytania: „co się stało...?”, „dlaczego jest znowu w tym znienawidzonym miejscu?”. Włożyła tyle wysiłku w to, by ożywić to miejsce, odmalować, ogrzać, sprawić, by było przyjemne. Wszystko szło według planu, było już tak, jak w jej marzeniach: przyjemnie i gorąco, więc postanowiła, że już więcej nie potrzebuje tej energii ze snu. Myślała, że wokół jest wystarczająco dużo energii, tej, którą sama stworzyła. Postanowiła odłożyć tę „senną energię” dokładnie tak, jak ją wzięła – zdjęła płaszcz. I nagle stało się coś nieprawdopodobnego, jakby przeniosła się do innego świata. Jakby wszyscy zaczęli grać inną sztukę. Jakby mieli inne role. Jakby znalazła się nie na tym przedstawieniu, nie w tym teatrze, nie z tymi aktorami. Nagle ci ludzie, którzy wydawali się bliscy, uciekli, albo ona dla nich zniknęła... Jeszcze przed sekundą czuła, myślała, że właśnie teraz, właśnie dzięki nim będzie mogła się spełnić. Poczuć miłość, czułość, bliskość. Myślała, że chcą być z nią, że mogą jej to wszystko dawać, a ona będzie mogła brać i odwzajemniać. Niestety, gdy tylko się odsłoniła, zobaczyła nagą prawdę. Jedni nie chcą jej tego dać, drudzy nie widzą jej potrzeb. To uczucie, ta świadomość spowodowały, że bolało jeszcze bardziej. Cierpiała bardziej niż wtedy, gdy czuła te wszystkie potrzeby i nie było nikogo dookoła. Teraz czuła je ze zdwojoną siłą. Jest wyczerpana po tym wszystkim, czego dokonała, widzi cały ten świat za szybą, tych zadowolonych ludzi. A oni nie dostrzegają jej. Nie zauważają tego, że istnieje, że cierpi, że jest samotna i boi się. Nie wiedzą, że jedyne czego pragnie, to kochać i być kochaną. W pamięci miała obraz tych, którzy, zawiedzeni tym, „jaka jest”, odeszli... Zimno, strach i ból tak mocny, tak realny i rozdzierający! Co zrobić, żeby się nie rozpaść na kawałki, żeby nie zamarznąć z zimna? Zwinąć się, zniknąć, schować do środka, żeby nie czuć strachu. Otoczyć się własnymi ramionami, wcisnąć w kącik, zwinąć w kłębuszek. Przycisnąć się do siebie, żeby mniej bolało. Zdusić oddech i łzy... i zasnąć, żeby nie czuć. Teraz chciała już tylko zapaść w sen. W sen, z maleńką nadzieją, że po przebudzeniu to wszystko zniknie. Że to wszystko okaże się niesmacznym, wstrętnym wytworem wyobraźni. Że później będzie już tylko ulga, bo rzeczywistość jest inna. Że obudzi się, a obok będzie ktoś bliski, do kogo będzie mogła się przytulić, schować w jego ramionach i opowiedzieć mu, jaki straszny sen miała. Sen, w którym go nie było, w którym była najbardziej samotna na świecie! Zasnęła. Obudziła się. Zanim otworzyła oczy poczuła, że na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech, nadzieja na nowy dzień. Taka milisekunda przyjemności, ciepła odczuwanego gdzieś bardzo głęboko w środku... Niestety, gdy otworzyła oczy, czar i uśmiech zniknął. Wokół niej było szaro, zimno, cicho, nie było przy niej nikogo! Była sama, najbardziej samotna na świecie i co gorsza to nie był sen, to był jej realny świat. Zamknęła oczy, nie chciała tego widzieć. „Jak zamknąć serce, żeby tego nie czuć?” – pomyślała. Musiała wstać, zostawić to wszystko, choć trochę oddalić się od tego bólu, zająć się czymś. Rozejrzała się dookoła. Jej uwagę przykuł leżący na podłodze piękny, bogaty płaszcz. Symbol wczorajszej radości. Wspomnienie tego uczucia poruszyło ją głęboko. Poczuła ukłucie w sercu. Westchnienie wydobywające się wraz z oddechem z jej klatki piersiowej było pełne bólu. W głowie pojawiła się myśl: „chcę to mieć na co dzień”, „chcę być szczęśliwa tak jak wczoraj”. Tak bardzo tego pragnęła, że nie dostrzegała, ile było fałszu i obłudy w tym wczorajszym szczęściu. W jednej sekundzie zapomniała o wszystkim, co ją poprzedniego dnia spotkało. W głowie i w sercu kołatało się jedno uczucie, a właściwie jego wspomnienie – i niczego nie pragnęła bardziej! Wstała, jak w obłędzie chwyciła płaszcz, założyła go. Poczuła ciepło, przemiły dotyk miękkiego materiału na twarzy. Zanurzyła swoje skostniałe dłonie w wielkie kieszenie. Otworzyła ze zdziwienia oczy, bo poczuła pod palcami jakiś przedmiot. „Wczoraj tam nic nie było” – pomyślała. Wyjęła powoli plastikowy przedmiot. Przyglądała mu się. Maska, w kieszeni była maska. Z jednej strony kolorowa, piękna, uśmiechnięta. Wyglądała tak uroczo, że chciało się ją przytulić i ucałować. Z drugiej strony była zaskakująco brzydka i odpychająca. Od wewnątrz była szara, zimna, jakby z metalu, smutna. Była przerażająca tym bardziej, im bardziej zbliżało się ją do twarzy. Dotknęła niechcący policzkiem pluszowego kołnierza płaszcza, który miała na sobie. Ten przyjemny dotyk sprawił, że zawirowało jej w głowie. „Jak przyjemnie, chce się tak czuć już zawsze!” – powiedziała sama do siebie. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, założyła maskę. Teraz zawirował cały świat. Wszystko dookoła zaczęło się zmieniać, jakby stwarzać samoistnie, świat robił się taki, jakiego pragnęła. Wracał świat, który ją wczoraj porzucił. W tym zachwycie i odurzeniu chciała tak jak zwykle zakryć rękoma twarz. Robiła tak zawsze, kiedy działo się coś, co ją przerastało. Dotknęła twarzy, ale nie było tam jej twarzy. Była maska, poczuła ją, ale nie chcąc stracić tego, co się działo, docisnęła ją. W tym momencie spod maski wysunęła się maleńka karteczka. Nie zauważyła jej wcześniej. Na metce była krótka informacja: „Używać tylko w skrajnych przypadkach, toksyczna, bardzo uzależnia”. Nie zauważyła wcześniej tego ostrzeżenia!!! Nie wiedziała, co jej grozi! Szczelnie owinięta płaszczem, ukryta pod maską, oglądała cudowne przeobrażenie. Na ten nierealny świat patrzyły jedynie prawdziwe jej oczy – ostatnia droga do prawdy. Została uwięziona przez swą naiwność, przez swoje potrzeby. Pozornie wszystko się dalej układało tak, jak chciała, jak marzyła. Była, żyła w tym pięknym świecie. Był cały czas, nie znikał. Nie bała się budzić, wiedziała, że on będzie trwał. Choć widziała, czuła ten świat, mogła go dotykać, uczestniczyć w nim, to jednak coś było nie tak. Zawsze, codziennie, ilekroć spoglądała w swoje oczy, czuła się „nieswojo”. Wiecznie na huśtawce. Bez wytchnienia, bez odpoczynku. W górę – i jest w tym pięknym świecie. W dół – i... jest w swoim świecie, w środku. Wewnątrz czuła swoją brzydką, zimną i smutną maskę. Obrzydzenie, którego nie mogła się pozbyć, było stopione z jej twarzą. Fałsz, który nieustannie rozciągał jej usta w sztuczny uśmiech. Uśmiech niezbędny na zewnątrz. Zmęczenie, napięcie i ból – jej najbardziej wytrwali towarzysze podróży przez życie. I tylko oczy zdradzały te wszystkie uczucia. Zdradzały je przed nią samą. Nikt nie był na tyle wrażliwy, by dostrzec w nich prawdziwą Ją. Tak jakby dostali od kogoś radę, którą wzięli sobie do serca: „Nie patrzcie w oczy – to droga do prawdy! Nie wchodzić, grozi zawaleniem Świata!” |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|

Huta – ogień, upał, wielkie maszyny, hałas, aktywność, praca...