Menu Content/Inhalt
Start arrow Twórczość
Twórczość
Płatek Filipek i jego pierwsza podróż na Ziemię
Autor: Weronika Forysiak   

Bajka terapeutyczna 

Główny temat: lęk przed nowymi sytuacjami, nowym otoczeniem i zmianą sytuacji życiowej; lękowi temu przeciwstawia się:
- możliwość poznawania nowych miejsc i osób
- możliwość odkrywania swoich talentów, zdolności.

Główny bohater: płatek śniegu - Płatek Filipek, który spada na Ziemię w samotności, wkracza w nowe przestrzenie, obce miejsca.
Konkretny lęk: nowe sytuacje ("nikt nie trzyma mnie za rękę!"); lęk jest redukowany przez:
- możliwość swobodnego obserwowania świata
- przeżywanie ciekawych przygód
- nowe przyjaźnie.

Wprowadzone postacie:
- drzewo bez liści - Kasztan Jakub
- Płateczka Lucynka.

Uczenie dziecka sposobu radzenia sobie z nową sytuacją, redukowanie lęku przez pozytywne skojarzenia odnoszące się do przykrych sytuacji, wyzwalanie atmosfery akceptacji samego siebie.

Tło opowiadania: alejka nocą, zimowy wieczór.

Chciałabym przedstawić wam historię Płatka Filipka - sławnego wędrowca, zdobywcy wielu szczytów, który niejedną już zimę krąży po świecie. Otóż Płatek Filipek, podobnie jak wy kiedyś, był zupełnie małym płateczkiem śniegowym. Swoją pierwszą podróż na Ziemię Płatek Filipek pamięta jak żadną inną.
W mroźny, zimowy wieczór Płatek - wówczas mały chłopiec, został wysłany z Nieba na Ziemię. Wcale nie uśmiechała mu się ta podróż w nieznane, choć nauczył się już latania i doskonale wiedział, jak radzić sobie ze zbyt silnymi powiewami wiatru. Ale cóż było robić, gdy wszyscy mówili: już czas!! Spakował plecak, założył białą pelerynkę, którą zrobiła mu babcia na drutach, i wyruszył w drogę.
Wyskoczył z pierzastego obłoczka, który dotąd był jego domem i poczuł, jak powietrze napełnia jego malutkie płuca.
- Wiatr silny, widoczność słaba, brak kontaktu z wieżą lotniczą - szybko ocenił sytuację Filipek - Nie jest dobrze... 
Spadając w dół z coraz to większą prędkością zastanawiał się, czy nie może jeszcze wrócić do domu. Ze strachu zamknął oczy i skulił się w sobie. Mocno zaciskając bieluteńkie powieki próbował przypomnieć sobie swoich przyjaciół. Przez chwilę zrobiło mu się cieplej na sercu, jednak gdy tylko odemknął powieki, naraz cały strach powrócił ze zdwojoną siłą.
- Co robić, co robić? - pytał siebie w myślach, ale nic nie przychodziło mu do głowy.
Wtem usłyszał cichuteńki głos wydobywający się wprost z ciemności.
- Rozłóż szeroko ręce i nogi! Wyprostuj się! - uwagi te w pierwszej chwili Filipkowi wydały się zupełnie niedorzeczne. To tak, jakby mama kazała mu w słoneczny dzień założyć kalosze i płaszcz przeciwdeszczowy. Co to może pomóc teraz, gdy jest tu zupełnie sam i otacza go ciemność.
- Och! Dlaczego to musiałem być ja? Dlaczego? - wyrwało się Filipkowi z piersi. Dopiero, gdy delikatny głos z ciemności odpowiedział na jego pytanie, zdał sobie sprawę z tego, że to już nie były jego myśli, ale donośny krzyk.
- Bo jesteś na to gotowy! Umiesz pięknie latać! Tylko nie możesz się dłużej bać. Rozłóż ręce i nogi, a przekonasz się, że mam rację!
- A, co mi tam! - pomyślał Płatek Filipek i wykonał polecenia tajemniczego głosu z ciemności. To, co stało się po chwili, zupełnie zaskoczyło naszego małego znajomego. Otóż nagle wiatr przestał być jego wrogiem. Przeciwnie, pozwolił Filipkowi wykonać dwa skoczne piruety w powietrzu i dodatkowo zakończyć je saltem. Jakże ogromna była radość Płateczka, gdy odkrył swoje możliwości. Teraz już zupełnie się nie bał. Otworzył szeroko oczy. Gdy przyzwyczaił się do panującej wokół ciemności, ujrzał lecącą nieopodal prześliczną Płateczkę Lucynkę. Wtedy nie wiedział jeszcze, jak ma na imię, ale był pewien, że to właśnie ona pomogła mu w tej trudnej sytuacji.
- Juchuuu! Tutaj jestem! - krzyknęła nowa znajoma Filipka - A nie mówiłam? Potrafisz pięknie latać! - powiedziała Lucynka mrugając okiem do naszego znajomego. Filipek lekko się zarumienił, a ponieważ miał skórę zupełnie białą (jak przystało na płatki śniegu) to nie mógł liczyć na to, że rumieniec pozostanie niezauważony.
- Dziękuję! - krzyknął Filipek w odpowiedzi - to takie cudowne uczucie! Tańczę w powietrzu! - radość płynąca wraz ze słowami Filipka zdawała się nie mieć granic. Na domiar szczęścia w tej właśnie chwili oczom jego i Płateczki Lucynki ukazała się piękna zimowa alejka, porośnięta po obu stronach rozłożystymi drzewami. Z sekundy na sekundę lot Płateczków stawał się coraz to wolniejszy i spokojniejszy. Lucynka w świetle wydobywającym się ze starej, barokowej lampy zupełnie przypominała baletnicę.
- Hymmm... pierwsi goście na horyzoooncie... - zabrzmiał ni stąd, ni zowąd gruby męski głos. Filipek szybko zorientował się, że jego właścicielem jest stary, pomarszczony Kasztan stojący u wejścia na kamienną dróżkę.
- Dzień dobry Jakubie! - krzyknęła Płateczka Lucynka. - Jak się masz?
- Och, całkiem dobrze, choć i w tym roku dokucza mi reumatyzm. A ty Lucynko? Jak minęła podróż? - zagrzmiał Kasztan Jakub.
- Dziękuję, bardzo dobrze! Tym razem wiatr mocno dął z zachodu, więc mogliśmy przez całą drogę pięknie wirować. To jest mój nowy znajomy - powiedziała Lucynka wskazując na Filipka - ale właściwie nie wiem, jak ma na imię... - uświadomiła sobie Płateczka.
- Filipek, jestem Płatek Filipek - szybko przerwał milczenie nasz bohater.
- Zatem witaj Płatku Filipku na Ziemi - z dumą powiedział Jakub.
- Eeee... dobry wieczór - bąknął Filipek onieśmielony wielkością nowo poznanego przyjaciela. Chwilę później, najpewniej jakieś dwa mrugnięcia powiekami później, nasz bohater i Płateczka Lucynka wylądowali na jednym z korzennych butów Jakuba.
- Oj, oj, oj! - wyrwało się Filipkowi, który w czasie lądowania dwukrotnie się potknął i upadł.  - Trzeba było uważać na lekcjach o podchodzeniu do lądowania - pomyślał lekko zawstydzony. Nim zdołał stanąć na proste nogi, już u jego boku była Lucynka. Wyciągnęła do niego swoją białą rękę i pomogła mu wstać. 
- No cóż, wraz z waszym przybyciem możemy obwieścić całemu światu, że oto rozpoczyna się zima - zachrypiał Jakub - Ehe, ehe, ehe... straciłem liście dobrych kilka dni temu, więc wasza wizyta nie jest dla mnie zaskoczeniem. Gdy kończy się jedna pora roku, rozpoczyna się kolejna. Smutno mi bez moich zielonych przyjaciół liści, ale teraz wy będzie mi towarzyszyć - powiedział Kasztan Jakub z nadzieją w głosie.
- Yhymm... - cicho odparła Lucynka - z miłą chęcią zostanę tutaj na całą zimę, a ty Filipku? Zostaniesz? - zapytała Płateczka Lucynka naszego znajomego.
- Wyruszając z domu bałem się, że idę zupełnie sam. Gdy patrzę na was to wiem, że to nieprawda. Już się nie boję - odpowiedział Płateczek Filipek z dumą.
Tego pierwszego zimowego wieczoru na Ziemi poczuł się tak szczęśliwy, jak nigdy dotąd...   

 
Wielka rozpacz małego aniołka
Autor: Weronika Forysiak   

Bajka terapeutyczna 

Główny temat: lęk przed rozstaniem z mamą; lękowi temu przeciwstawia się:
- nawiązanie głębszych relacji z innymi ludźmi
- dobra zabawa w gronie innych dzieci.

Główny bohater: anioł Krzyś - pięcioletni chłopiec, który zostaje w domu pod opieką niani.
Konkretny lęk: rozstanie z mamą; lęk redukowany przez:
- możliwość zdobycia nowych przyjaciół
- możliwość uczestnictwa w dobrej zabawie.

Wprowadzone postaci:
- niania Adela (starsza pani)
- wnuczka Adeli - Pola (pyzata, wesoła dziewczynka o kruczoczarnych włosach).

Tło opowiadania: wioska Wesołkowo Pierzaste, położona we wschodniej części Nieba.

***

- Krzysiu! Krzyyysiu! Gdzie jesteś? Zaraz spóźnię się do pracy. Chodź tu szybciutko, bo trzeba jeszcze przeczesać ci skrzydła. Krzysiuuu!
Aniołek Krzyś doskonale słyszał, jak mama woła go z przedpokoju. Wcale jednak nie miał zamiaru wyjść spod kuchennego stołu, pod którym siedział już dobrych dziesięć minut. Co to, to nie! Bo dlaczego niby ma to zrobić? A niech się mama spóźni do pracy! Najlepiej będzie, jak w ogóle tam nie pójdzie! Przecież w domu mogą razem robić tyle wspaniałych rzeczy! Ooooo! Upieką ulubione ciasteczka taty i Azorka wykąpią. Tak! Mama musi zostać w domu!
- Aniele Krzysztofie! Po raz ostatni powtarzam! Zaraz przyjdzie niania Adela i... - na samą myśl o niani Krzysiowi zrobiło się słabo. W brzuchu mu zabulgotało i to na pewno nie dlatego, że nie zjadł śniadania... Niania Adela zawsze przyprawiała go o mdłości. Nudna, straszliwie pomarszczona i zupełnie do mamy niepodobna anielica!
- Krzysiu!- krzyknęła mama, tym razem już nie na żarty zdenerwowana.
- Mamusiu... - szepnął Aniołek Krzyś spod stołu - ja się dzisiaj baaaardzo źle czuję... - jęknął. Oczywiście nic szczególnego mu nie dolegało. Wiedział jednak, że tylko tak może zatrzymać mamę w domu.
- Boli mnie brzuszek i główka... - pisnął ledwie słyszalnym głosikiem i powolutku wynurzył się spod fałd koronkowego obrusu. Aby wiarygodniej wypaść przed mamą, trzykrotnie zakasłał. Mamy jednak mają tę wspólną cechę, że są istotami bardzo mądrymi - zarówno te ludzkie, jak i te anielskie. I dlatego też mama Krzysia nie dała się nabrać na pojękiwania swojego anielskiego synka. Podeszła, sprawdziła, czy aby na pewno jej mały aniołek nie ma gorączki i ostrym tonem zawyrokowała:
- Nic ci nie dolega! Marsz do łazienki myć zęby i czesać skrzydła! Niania Adela będzie tu lada chwila.
I rzeczywiście. Nie minęła nawet minuta, gdy ku rozpaczy Krzysia rozległ się dzwonek do drzwi. Chłopiec spojrzał na mamę ze łzami w oczach. Dolna warga zadrżała mu delikatnie, co oznaczało tylko jedno - mama znowu pójdzie do pracy, a on zostanie tu sam... No może nie sam, tylko z nianią Adelą (przecież pięciolatek nie może zostać zupełnie sam w pustym domu!). Obecność starszej pani jednak sytuacji Krzysia wcale, ale to wcale nie poprawia! Znowu będzie musiał zjeść całą miskę zupy, choć wcale nie jest głody. I co gorsze znowu czeka go spacer do parku. I znowu, i znowu, i...!
- Mamuuuuusiu! Nie idź do pracy, zostań ze mną. Bardzo cię proszę. Mamusiuuuuu! - zawył aniołek, ile sił w płucach.
- Krzysiu - spokojnym tonem powiedziała mama - rozmawialiśmy już na ten temat. Jesteś dużym chłopcem. Dobrze wiesz, że nawet jeśli idę do pracy, to i tak kocham cię najmocniej na świecie! A gdy tylko zegar wybija godzinę trzecią, wracam do domu, by spędzić z tobą i z tatą resztę dnia.
Aniołek Krzyś, jak przystało na dzielnego chłopca, pokiwał potwierdzająco głową, czemu towarzyszyło nieznaczne drżenie puchatych skrzydełek. Widać jednak było, że zupełnie nie jest mu do śmiechu. Jedyne, co mogło w tej chwili złagodzić rozpacz, to słodki całus od mamy. I takiego właśnie otrzymał.
- Dzień dobry Krzysiu! Dzień dobry pani Bogacka! Niechże pani już idzie do pracy! - zawołała niania Adela przekraczając próg mieszkania. - Toż to już za dziesięć ósma! A dobrze pani wie, że w Departamencie Cudów każda minuta jest na wagę złota! - zagrzmiała.
Krzyś słysząc skrzeczący głos niani z rezygnacją opuścił głowę i głośno westchnął. Wiedział doskonale, że czeka go kolejny okropny dzień. Nie wyobrażacie sobie nawet, jak bardzo się pomylił.
Otóż po wyjściu mamy, któremu jak zwykle towarzyszyły salwy Krzysiowej rozpaczy, okazało się, że niania Adela nie przybyła do pracy sama. Zza płaszcza starszej kobiety wystawała przez cały ten czas czarna czupryna gęstych włosów. Na początku Krzyś zajęty wznoszeniem dramatycznych okrzyków nawet nie zwrócił uwagi na małą towarzyszkę niani Adeli. Pola, bo tak właśnie miała na imię wnuczka starszej pani, wykazała się jednak niesłychaną cierpliwością względem aniołka Krzysia. Poczekała, aż zabraknie chłopcu łez i przestanie krzyczeć, po czym podeszła do niego wyciągając rękę.
- Witaj, jestem Pola - powiedziała dziewczynka rzeczowym tonem - dzisiaj przyszłam do ciebie z babcią, bo moi rodzice poszli do pracy. Ty masz na imię Krzyś. Babcia mi powiedziała. Nie wspomniała jednak, że jesteś taki płaczliwy.
Krzyś na te słowa natychmiast się uspokoił, a jego policzki zrobiły się koloru buraczkowego. Poczuł się bardzo głupio. Jak to? On płacze? A taka Pola to nie? Niemożliwe!
- Wcale nie jestem płaczliwy - rzucił Krzyś bez zastanowienia - tylko tak mi coś do oka wpadło - wymyślił na poczekaniu, po czym obrócił się na pięcie i ruszył raźnym krokiem do swojego pokoju. Trzeba wam wiedzieć, że nie było to ładne zachowanie z jego strony! Pola jednak wcale nie poczuła się urażona. Poczekała, aż Krzyś zniknie za drzwiami swojego pokoju i w podskokach ruszyła na poszukiwanie babci.
Niezawodny nos zawiódł ją wprost do kuchni, gdzie na stole pojawiły się już grzanki z masłem i powidłami oraz kubki pełne gorącego mleka.
Aniołek Krzyś też poczuł słodki zapach roznoszący się po całym domu. Usilnie jednak walczył z pokusą wyjścia ze swojej kryjówki. Właściwie, to nie wiadomo, ile czasu spędziłby tak, kuląc się pod pierzyną... Z ukrycia wywabił go (na szczęście!) straszliwy hałas, który nagle wypełnił cały pokój. Aniołek pospiesznie rozchylił brzegi kołdry i zlokalizował źródło okropnego dźwięku. To Pola, która zjadła już swoją porcję pyszności, niezdarnie machając skrzydłami, przewróciła stos książek taty ułożony na biurku! Krzyś szybko domyślił się, że pyzata, piegowata dziewczynka próbuje wzbić się w górę, ale zupełnie nie wie, jak to zrobić. A on jest przecież mistrzem latania! Bez zastanowienia wyskoczył więc spod pierzyny i powiedział:
- Nie, nie tak! Musisz zamknąć oczy, pooowoli rozwinąć skrzydła i z całej siły nimi zatrzepotać! O tak! - i mówiąc te słowa wzbił się z gracją w powietrze. Na jego buzi pierwszy raz tego dnia zagościł uśmiech. Pola idąc za radą aniołka także oderwała się od ziemi. Może nie był to lot tak piękny, jak ten Krzysiowy, ale początki przecież bywają trudne.

I tak to aniołek Krzyś najzwyczajniej w świecie zamienił płacz na dobrą zabawę. Łzy nie pojawiły się już tego dnia, a i w kolejnych nikt nie widział ich w domu Państwa Bogackich. Zapewne domyślacie się też, że chłopiec zaczął chętniej jadać zupy niani Adeli. A i spacery po parku, w towarzystwie nowej przyjaciółki, stały się prawdziwą przyjemnością.

 
Advertisement
designed by made your web.com