Nasz profil na facebooku
Uderzył w mur dłońmi. Wysoko, najwyżej jak potrafił. Uderzył głową. Powoli osuwał się. Najpierw niezauważalnie, a potem coraz wyraźniej pojawiał się ślad. Mokry, bezbarwny, różowy, czerwony, ciemnoczerwony. Trzy pasy czerwieni. Dwa dłuższe i ten środkowy, krótszy. Kałuża czerwieni i upadł w nią. Przyłożył ból dłoni do bólu głowy i tak został.
I
Matka: zawsze był taki dziwny. Chodził do lasu i krzyczał do drzew. Nie, nie wiem, co krzyczał, ale krzyczał. Krzyczał, jak nie zdał jakiegoś egzaminu, ale też w Wigilię krzyczał. To było coś o tym, że kocha, albo jeszcze inaczej.
Ojciec: przyjeżdżał do mnie dość regularnie. Nie miał pretensji o to, że rozstałem się z jego matką, ale był złośliwy wobec mojej żony. Mówił do niej z kpiną w głosie "mamusiu". Nie, nie próbował jej uwodzić, chociaż... onanizował się i znalazłem w jego pokoju żony zdjęcie. Ale nie jakieś tam z wakacji nad morzem, tylko takie zwyczajne. Na tym zdjęciu moja żona pochyla się nad urodzinowym tortem.
Terapeuta: chętnie opowiadał o swojej fascynacji dojrzałymi kobietami. Nie był zadowolony ze swojej pracy. Awans nie interesował go. Zarabiał dużo i nie szanował pieniędzy. Wyznawał miłość do żony i deklarował szacunek dla niej. Ale nie potrafił powiedzieć, dlaczego nie chce uprawiać z nią seksu. Najprawdopodobniej pomylił rolę syna z rolą męża. Tak zdarza się dzieciom z rodzin dysfunkcyjnych, w których role rodziców zostają pomieszane, zdegradowane do rytuałów.
Była żona: nie wiem, dlaczego się rozwiedliśmy. Było dobrze, a on ciągle próbował to popsuć. Nie, nie chciałam seksu, bo to brzydkie i brudne. Przecież urodziłam mu córkę. Zachowywał się jak wariat. Kładł Marysię na stole i mówił, że jak nie będę się z nim kochać, to będzie się z nią kochał i zrobi w niej wielką dziurę. Ustawiałam się tak, jak kazał, i pchał swojego we mnie, i to bolało. Nienawidziłam go. I to, że trząsł się i płakał. On naprawdę płakał i współczuł mi. Mówił, że jestem biedna i że on wie, że mnie krzywdzi. Ale zaraz wściekał się, że to on jest nieszczęśliwy i kazał mi robić rzeczy, których się brzydziłam. Miał wytrysk na moją twarz i popłakał się, przepraszał i wycierał mnie. A następnego dnia chciał zrobić to samo. Nie rozumiałam tego. Kochał się ze mną tak od tyłu i zaczął mnie bić. Nie dla zabawy, ale tak naprawdę. Bił mnie po pośladkach, po głowie. Obrócił mnie i bił mnie po twarzy, po piersiach. Sapał i powtarzał "Kurwo, kurwo, kurwo" z każdym uderzeniem.
Terapeuta: lubiłem go. Nie miał złych intencji. Nie rozumie tego, co robi, ale ma sumienie, bo żałuje.
II
23 października, godzina 23.11
Przytulałem Marysię. Jest miękka i cieplutka. Wydaje się delikatna i krucha, a wcale tak nie jest. Jest silna. Będzie wspaniałą kobietą. Wyobrażam sobie, jak pójdzie do przedszkola, jak będzie mi opowiadać nowinki z życia grupy. Pewnie będą mieli swoje głupie zabawy w rodzaju spuszczania skarpetki w sedesie i jej ratowania. Wygrywać będzie ten, kto najpóźniej sięgnie do kibla w kaskadę spadającej wody. Potem pójdzie do szkoły. Tam nauczą ją różnych pożytecznych i niepotrzebnych rzeczy. Nigdy do niczego nie przydała mi się nauka o zbiorach. Zosia jest dziwna, boi się mnie, ale nie wiem czemu. Marysia zrobi maturę i pójdzie na studia. Ciekawe, czy będzie podobna do mnie, czy do Zosi. Lepiej, żeby była podobna do Zosi, wtedy będzie mniej cierpiała.
27 października, godzina 1.17
Znowu to zrobiłem. Biedna Zosia. A przecież gdyby była taka jak Aldona, to nie bolałoby jej. Mogłaby czasem się podniecić. Pieprzony worek. Pieprzony worek wypełniony gorącymi flakami, których tak pożądam. Bo pożądam jej flaków. Kocham jej flaki. Aldonę spotkałem jeden jedyny raz w burdelu. Zrobiła wszystko, o co prosiłem, i była pełna entuzjazmu. Głupia kurwa. Nie umiem przekonać Zosię, że bardzo ją kocham. Chciałbym być w ciąży i urodzić Marysię. Żeby ją mniej bolało. Żeby mnie bolało, żeby to mnie główka dziecka przeszyła bólem rozdzieranej cipy. Wracam do pracy.
3 listopada, godzina 21.12
I po wszystkich świętych. Matka znowu płakała na grobie moich dziadków. Nie wiem, czemu. Płakała może dlatego, że matka jej nie lubiła. Pamiętam, jak nienawidziłem babki, kiedy mówiła: "O, już przyszła ta krowa i będzie mi ciebie zabierać. Tolka ja ciebie kocham jak prawdziwa mama. Jesteś mój, Adamku, i tylko mój." Ta stara mówiła do mnie "Adamku". Jak ja tego nienawidziłem. "Przyjdź do mnie, Adamku. Weź cycuszka, Adamku." I brałem. I ten jej zapach. Mówiłem sobie "zaczyna się ssanie grzyba". Ssałem tego przepoconego grzyba i nienawidziłem jej, i matki, że mnie z nią zostawia. Wiedziała, że ona mi to robi i jednak mnie zostawiała. Jak przychodziła z pracy, nienawidziłem jej. Chciałem przytulić się do niej i kopnąć jej kochane, niedostępne piersi. Miałem za to dużo cycków babki. I ona płacze na ich grobie. Płacze, wzrusza się. Babka miała rację - tępa krowa.
12 listopada, godzina 5.06
Miałem sen. Mama zrobiła kupę i to byłem ja. Krzyczałem, a ona niczego nie słyszała i spuściła mnie. Obudziłem się cały mokry.
14 listopada, godzina 21.38
Całowałem wczoraj stopy Zosi. Jakie są piękne. Zaczęła się śmiać. Śmiała się głupkowato, a ja chciałem, żeby podzielała mój zachwyt jej stopami. Śmiała się jeszcze bardziej. Ugryzłem ją, a ona krzyknęła, że boli. A jak nie ma boleć. Musiałem zrobić coś z jej śmiechem. Ja tu robię sacrum, a ona jak ta praczka. Ugryzłem ją jeszcze raz. Zaczęła się szarpać. No to jeszcze raz. Ugryzłem ją w łydkę, a ona się szarpnęła. Mogła leżeć. Mogła leżeć. Poczułem, że mam w ustach coś, jakąś szmatkę, coś bezkształtnego. Ale chciałem to połknąć i połknąłem. Ona wiła się konwulsyjnie po podłodze, a ja nie rozumiałem, co jej jest. Ujęła mnie powagą konwulsyjnego ruchu i krzyku. Z tego, co później wyjaśniali mi urzędnicy, zrozumiałem, że to sąsiedzi wezwali policję, a policja pogotowie. Powiedzieli mi, że wygryzłem w łydce Zosi dość dużą dziurę. Powiedzieli mi, że kiedy weszli do mieszkania, stałem nad Zosią, onanizowałem się i krzyczałem: "Wrzeszcz, wyj, wyj, suko." Usta, podobno, miałem we krwi. No a w czym, skoro ugryzłem Zosię? Ona jest z krwi i kości. Kocham ją. Odwiedziłem Zosię w szpitalu. Płakała i ja też. Biedna. Biedny ja.
23 listopada, godzina 23.11
Awans, podwyżka, kolacja z szefami. Rysa - podobno prokuratura pyta o opinię o mnie. Nie wiem, dlaczego. Zosia obiecała, że nie wniesie sprawy do sądu. Zachowałem się jak świnia. Powiedziałem jej, że jak złoży doniesienie do prokuratury, to uduszę Marysię. Bydlę ze mnie. Ale przecież nie można postępować tak emocjonalnie. Niepotrzebnie to wszystko powiedziałem, ponieważ sprawa została wszczęta z urzędu. Uszkodzenie jej ciała wymaga leczenia dłuższego niż siedem dni. W końcu zapewniam dobry standard życia rodzinie. W nagrodę kupiłem Zosi ładny naszyjnik.
7 grudnia, godzina 22.32
Moja żona w domu. Wprawdzie przepadły nam Mikołajki, ale niedługo Wigilia. Wielkie święto i wielkie skupienie. Zrobiłem szopkę. Kupiłem dużo siana, figurki zwierząt. Kazałem przebudować pokój Marysi w szopkę. Zosia miała być Marią, a Marysia małym Jezusem. Poprosiłem, żeby Zosia pokazała scenę karmienia Dzieciątka. Było pięknie. Grały kolędy.
23 grudnia, godzina 19.52
Dziewczyny nie wykazują entuzjazmu przy odtwarzaniu sceny karmienia Dzieciątka. Marysia jest znudzona, a Zosia mówi, że Marysia jest ciężka. Powiedziałem, że jest mi smutno i jestem rozczarowany. Ustaliliśmy, że jutro pomodlimy się po raz ostatni.
24 grudnia, godzina 23.42
Nie wiadomo po co przyjechała moja matka z jej bratem. Popsuli nam harmonogram obchodów Wigilii. Ale w końcu poszli sobie. Pouczali mnie. Mnie pouczali, że nie mogę czegoś. A czego ja nie mogę. Mogę. Mieliśmy mało czasu, a trzeba było ubrać choinkę. Zdążyliśmy, a jedynym incydentem było to, że Marysia nadepnęła moją ulubioną bombkę. Powiesiłem jej resztki i powiedziałem, że gdyby nie ty, miałbym swoją ukochaną bombkę, a tak, przepadła. A w dodatku ten list z sądu - rozwód - tak szybko mi je odebrali. Poprosiłem Zosię, żeby karmiła piersią Marysię. Poprosiłem ją też, żeby położyła się na boku, tak abym jako ten Bóg mógł wejść w nią i tak pozostać. I chciałem, żeby to była nasza wspólna modlitwa trzech złączonych ciał. I wtedy zobaczyłem, jak łzy Zosi upadają na twarz Marysi, a ona milczy i przełyka łzy matki, i zrobiło mi się strasznie żal. Pomyślałem, że one naprawdę zasłużyły na bycie z bogiem.
III
Matka: to nie mój syn, nie rozpoznaję w tych zwłokach mojego syna. Tak, to ciało mojej synowej Zosi. Jest wprawdzie mocno zniekształcone, ale poznaję jej naszyjnik, bransoletkę i kolczyk. Nosiła dwa. Nie, nie mogę potwierdzić, że to ciało mojej wnuczki.
Ojciec: Nie, nie mogę pogodzić się z tym, że miałem syna. Zosia, tak, to ona. Dlaczego on to zrobił. Serce, nie musiał jej tego robić. Marysia, tak. To jej włosy, ale trzeba jeszcze usunąć siano.
Brat matki, Zygmunt: widziałem ich w Wigilię, ale krótko. Tak, to na pewno on. I te ślady na murze. Tak, taki mur jest przed ich domem, jak na zdjęciu. Proszę pozwolić mi wyjść. Proszę.
Terapeuta: był niezwykle wrażliwym człowiekiem. Lubiłem spotkania z nim.
Łódź, 22 października 2008 r., 00:15
* Tekst ten jest oparty na faktach, a występujące w nim postaci są autentyczne.