Nasz profil na facebooku
Preludium.
Francuski producent zdobywa znak "Teraz Polska", zapamiętajcie to.
Pamiętacie? Kawaleria powietrzna patroluje deltę Mekongu, z megafonów wali ostry rock. Później ci mili chłopcy przebrani za żołnierzy będą zabijać zdezorientowane kobiety i dzieci.
Atak już zaczął się. W ramach zimowej wyprzedaży pojawiają się na rynku towary, które kupujemy na wiosnę, lato, jesień i następną zimę. Pod hasłem sezonowej wyprzedaży kupimy lodówki, telewizory, telefony i inne artykuły, raczej nie sezonowe. Polscy producenci sprzedadzą mniej w lutym, w marcu, w maju.
Konfrontację z producentami europejskimi po 1. 05. 2004 roku zobaczmy na trzech różnych poziomach.
Spotkanie pierwsze, najpowszechniejsze. Oni - towary lepsze, ładniejsze, lepiej wystawione, ładniej opakowane, tańsze. Będą to produkty zużywalne, codziennego, ciągłego użytku. Szybciej dostarczone, niezawodne. Będziemy mieli pewność - nie zabraknie dzięki stałym dostawom. My - towary gorsze, brzydsze, gorzej opakowane, droższe. Braki w dostawach, zawodna dostępność. Przegramy.
Spotkanie drugie. Oni, My - podobna atrakcyjność oferty, podobne warunki zakupu. To towary wieczystego użytku, więc zakupy jednorazowe. Tu wygrywamy. Wygrywamy, jeśli jest remis.
Spotkanie trzecie. Oni - gorsza oferta. My - towary i usługi niezwykle atrakcyjne. Rynek objętościowo porównywalny z wystawionym do pierwszej konfrontacji. Ale, na pomoc producentom i produktom zachodnim przychodzi na pomoc biurokracja państwowa. To istotne zaplecze "wolnego rynku". I okaże się, że mimo oczywistej przewagi oferty towarowej - polegniemy . Przykład. Dwie firmy produkujące biżuterię, polska i francuska. Francuzi wprowadzają na rynek polski swoją biżuterię, bo próba francuska jest uznawana w Polsce. Polacy natomiast, muszą wystąpić do francuskiego urzędu probierczego o uznanie próby, mimo, że posiadają polską dobrą próbę. To nie jest równość podmiotów gospodarczych. Biurokracja francuska może dowolnie długo potwierdzać zgodność polskiej próby z wymogami Europy. Francuzi będą sprzedawać. Polacy będą tłuc się po urzędach, które każą zapłacić sobie tysiące euro za certyfikaty, zezwolenia, warunki dopuszczenia i inne cła. Bo polskie towary zostają w krajach Unii ponownie oclone, a Unijne w Polsce - nie. Ponieważ nie będzie cła, to musi być to cło ukryte. Konkurencja - jeden producent unijny - jeden producent polski - mogłaby być wygrana. Nie na rynkach unijnych, ale na rynku polskim. Nie będzie. Przyczyną są zaniedbania i zaniechania biurokracji polskiej państwowej.
Przypomnijmy Unię. W 1820 roku rozpoczęły się rewolucyjne wstrząsy w Europie. Rewolucja we Francji: chevaliers de la liberte - stłumiona; w Hiszpanii - demokratyczna ugoda obalona w 1823, w Królestwie Neapolu - demokratyczna ugoda obalona w 1821 roku. Takie to przykłady wspólnej Europy. Ta nazywała się Świętym Przymierzem. Nie ma imperatorów. Imperia zostały ukryte pod rynkiem, którym sterują dążące do miękkiej konfrontacji mocarstwa: Francja i Niemcy. Euro jest dobrym alibi. Wspólna Europa niekoniecznie znaczy - demokratyczna Europa.
Czy bać się Unii? Nie. Tak, jak nie boimy się śmierci. Po prostu, wiemy, że umrzemy. Stanie się Polska członkiem Unii. Produkcja zostanie zniszczona konkurencją z zachodu Made in Tajwan. Bezrobocie wzrośnie, a kraje unijne nałożą limity na zatrudnienie obcokrajowców (już to robią - Holandia np., wyznacza limit zatrudnienia obcokrajowców na poziomie 22 tys. osób; dla Estonii to dużo, dla Polski to nic). Powiększy się obszar biedy, zwłaszcza że pod cynicznie nadużywanym hasłem dostosowania do norm unijnych rząd proponuje plany redukcji wydatków socjalnych i wzrost podatku VAT. Dwa są więc źródła zagrożenia. Pierwsze, to potęga gospodarcza Zachodu, drugi, to antynarodowe działania polskiego rządu.
Parcie na wschód potęg Zachodu jest zrozumiałe, a więc możliwe do przyjęcia, chociaż trudne do uznania w świetle traktatu pokojowego podpisanego 8 maja 1945 przez Żukowa z przedstawicielem niemieckich bandytów, którzy mordowali programowo narody Europy. Nie jest natomiast zrozumiałe, dlaczego polscy demokraci mniej popierają polskiego rzemieślnika niż niemieckiego bandytę lub jego potomka. Proste. Tam polski polityk może mieć fuchę za te same pieniądze jak tutaj, tylko że tam nie potrafią, mimo bandyckiego pochodzenia, połapać się, jakim jest świnią dla swoich. I tak będzie przez całą kadencję.
Nie, nie trzeba bać się Unii. Bójmy się tego, co zrobią nam polniche schweine.