Nasz profil na facebooku
System kształcenia został rozbity na cztery moduły, nie wiadomo dlaczego. Reforma systemu oświaty z roku 1999 roku była gorsza w skutkach niż reformy carskie i pruskie podniesione do potęgi. W szkole we Wrześni możliwy był strajk, bo wiadomo było, o co chodzi. Polacy ulegli rozwiązaniom reformy, bo zupełnie nie wiedzieli, o co chodzi.
Cztery moduły kształcenia to zintegrowane nauczanie początkowe, trzyklasowa szkoła podstawowa, trzyklasowe gimnazjum i trzyklasowe liceum lub liceum profilowane. To proste i eleganckie rozwiązanie. Rozwiązanie nie wiedzieć czego i nie wiedzieć czemu służące. Można przypuszczać, że służące jedynie próżności ówczesnego ministra oświaty, który podpierał się laską, a chciał tą laską przylać, więc przylał i to mocno. Przyjrzyjmy się realizacji pomysłów ministra...
Zintegrowane nauczanie początkowe jest realizowane przez jednego nauczyciela, który uczy wszystkiego. Już w przedszkolu dzieciaki mają panią od rytmiki, od malunków, od zajęć dodatkowych i radzą sobie z tym. Oceny polegają na przyznawaniu dzieciom zadowolonej buzi lub smutnej buzi, a ocena, żeby nie była urazowa, jest oceną opisową, co oznacza modne „ecie-pecie”.
Nauczyciele wychowania fizycznego w klasach czwartych skarżą się, że zaczynają pracę z zupełnymi abnegatami ruchowymi, bo pani od nauczania początkowego nie umie przecież przeprowadzić lekcji z przewrotów. Nie umie i nie może, bo klasa nauczania początkowego to kolorowe stoliczki, serduszka i inne duperele powyklejane na ścianach i w ...okienkach. Nie ma technicznych możliwości prowadzenia zajęć rozwoju fizycznego. Nauczyciele muzyki skarżą się, że dzieciaki więcej wiedziały z rytmiki i melodyki po skończeniu przedszkola niż po ukończeniu trzech klas nauczania początkowego. ODN-y prowadzą kursy przygotowawcze do wychowania muzycznego i wychowanie muzyczne ma prowadzić człowiek po kursie, a nie nauczyciel muzyki. Czemu? Czyżby po wojnie z masowymi bombardowaniami nie było nauczycieli muzyki? Nie, oni są, ale nie mogą uczyć z dwóch powodów. Z powodu reformy i z powodu konieczności obrony korporacyjnych praw nauczycieli, które to prawa i przywileje reforma doprowadziła do zwyrodnienia. Ale o tym osobno.
Nauczyciele języka polskiego skarżą się, że dzieciaki w czwartej klasie nie znają liter. Nie potrafią płynnie czytać. (Tutaj uwaga na boku: w liceum – druga klasa – poprosiłem ucznia o głośne przeczytanie tekstu z gazety. Nie potrafił.) Podobne skargi zgłaszają nauczyciele przedmiotowi. A może jest tak, że zintegrowane nauczanie początkowe jest pomyłką i należy rozpocząć naukę w szkole, a nie w przechowalni przedłużającej przedszkole. Może nie trzeba rozpoczynać nauki w szóstym roku życia dziecka, a raczej należy efektywnie wykorzystać czas dziecka spędzony w szkole. Widziałem klasy, w których słoneczko lub uśmiechniętą buzię otrzymywało się za naskarżenie na kolegę. Albo klasy, w której dzieci i rodzice przynosili „pani” kwiaty. Ale idźmy dalej.
Dziecko przychodzi do szkoły podstawowej. Pierwszy rok „nauki” poświęcony jest na redukcję szkód spowodowanych w nauczaniu początkowym. Drugi rok jest rzeczywistym rokiem nauki, to znaczy przekazywaniem encyklopedycznej wiedzy, którą można uzyskać za jednym naciśnięciem klawisza. Wystarczy czytać Wikipedię i szkoła w obecnej postaci traci sens. Winna uczyć myślenia, a myślenia oducza. Jeśli uczeń powie, że fraszki Reja są absolutnie anachroniczne, to będzie skarcony. A warto rzeczywiście zadać zasadnicze pytanie: jakie zasoby poznawcze, intelektualne, kulturowe uprawniają dziecko do czytania mitologii lub fragmentów Wielkiej Księgi. Odpowiedź – żadne. Co jest więc celem nauczania? Celem nauczania jest kształtowanie światopoglądu, a nie wiedza. I zanim powiem, że szkoła polska jest szkołą wyznaniową, pójdźmy dalej, jeśli zostaje jeszcze ktoś, kto chce iść.
Gimnazjum. Największa porażka pedagogiczna i socjologiczna reformy. Do utworzenia gimnazjów nikt nie był przygotowany. Ani ukochany minister, ani nauczyciele, ani policja, ani nikt. Trzyletnia przechowalnia dla ludzi w najtrudniejszej fazie rozwojowej. Już nie dzieci, ale jeszcze nie młodzież. Getto przemian i burzy hormonów, oddane pod nadzór najbardziej niekompetetnych, społecznie nieporadnych nauczycieli, którzy znowu przerabiają legendy i mity starożytnego świata, fragmenty Wielkiej Księgi. Te same, emocjonalnie obce treści, podane rozszerzeniu encyklopedycznemu, bez żadnej próby refleksji. A jeszcze na koniec egzamin gimnazjalny w połowie semestru, co oznacza, że reszta czasu jest stracona. I jeszcze studniówka gimnazjalna! I parada wulgarnych lolitek.
Liceum. Od początku: mity, Biblia, Rej, Kochanowski, Sęp-Szarzyński. To wszystko nie ma nic wspólnego ze współczesnym światem. I pytanie, czy wywalić Gombrowicza, bo pedał i neurotyk? Iwaszkiewicza, bo pedał i komuch? Narkomana Witkacego? A może Banacha, bo pokręconą karierę miał i pracy magisterskiej nie napisał, a wielkim, naprawdę wielkim był matematykiem. Zresztą, kto w liceum dowie się, że Banach był wielkim matematykiem, ...a Mostowski?
Dwa lata powtórki z gimnazjum i przygotowanie do matury. I znowu, nie trzy lata nauki, ale zaledwie pięć sementrów, bo ostatni to bałagan przedmaturalny i to nie dla klasy trzeciej, lecz dla wszystkich klas.
Matura. Egzamin, który na poziomie wymagań minimalnych mogę zacząć zdawać natychmiast. Matura jest przepustką na uczelnię i nic błędniejszego, ponieważ nie ma innego sposoby rekrutacji na wyższą uczelnię, jak tylko egzamin wstępny. Wyniki matury nie mogą być podstawą do przyjęcia lub nieprzyjęcia maturzysty na studia.
Proszę Panów Rektorów, kwestionujcie maturę. Obrońcie uczelnie, one jeszcze mają trochę autonomii. System próbuje pozbawić je owej autonomii, narzucając wynik egzaminu maturalnego jako wynik egzaminu wstępnego. Uznanie wyników egzaminu maturalnego oznacza zepsucie wyższych uczelni. Jeśli tak się stanie – system zabije edukację.